Minister zdrowia powiedziała, co miała do powiedzenia. W zasadzie – niewiele w zapowiedziach było nowego i zasadnicze pytania powinny dotyczyć nie samych zapowiedzi, ale ich wiarygodności. Bo skoro resort np. od ponad roku widział problem „lekarzy z walizkami”, dlaczego dopiero teraz zamierza go zacząć rozwiązywać?
Minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda podczas prezentacji planowanych zmian w ochronie zdrowia, 8 lipca 2026 r. Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl
Długa lista zapowiedzi, z których żadna nie zabrzmiała rewolucyjnie. Być może najbardziej konkretna była zapowiedź maksymalnej stawki godzinowej w ochronie zdrowia – zawsze to jakiś twardy punkt odniesienia. Widać jednak, po reakcjach – zarówno środowiska lekarskiego, jak i przede wszystkich komentujących i informujących – że to nadal są ruchome piaski. – 240 zł na godzinę brutto, w wymiarze jednego etatu ok. 40 tys. zł – mówiła Jolanta Sobierańska-Grenda, co absolutnie nie oznacza, jak można było przeczytać tu i ówdzie, że w publicznej ochronie zdrowia lekarz będzie mógł zarobić 40 tys. zł (ani tym bardziej, że będzie zarabiać). Będzie mógł zarobić więcej, bo resort co prawda napomyka o ograniczeniu wymiaru pracy do maksymalnie dwóch etatów (a NFZ uzupełnia to informacją o bardziej restrykcyjnym raportowaniu grafików), ale to zapowiedź znacznie bardziej mglista.
Sama stawka również jest propozycją, którą strona rządowa kładzie na stole. Można zakładać, że nie jest to wersja ostateczna – jeśli oczywiście w ogóle dojdziemy do etapu negocjowania konkretnych propozycji zmian ustawowych, projektów nowelizacji poddanych konsultacjom publicznym. Bo stan na dziś jest taki, że znamy „precyzyjne rekomendacje” – szkoda, że te same, lub bardzo podobne, o których rozmawia się, również publicznie, choćby na kongresach zdrowotnych (jesień 2025, wiosna 2026).
Analizę tego, co minister zdrowia, wspierana przez współpracowników, powiedziała, należałoby jednak poprzedzić pytaniem ogólnym o wiarygodność. W dwóch zresztą wymiarach.
Pierwszy dotyczy samego katalogu propozycji: jeśli gros z nich nie tylko było znanych ponad rok temu, ale mówiła o nich również – już jako minister zdrowia – obecna szefowa resortu, należałoby oczekiwać wyjaśnienia, dlaczego przez rok nie zostało w tej sprawie zrobione – dokładnie – nic. Nie wystarczy enigmatyczne „brak zgody politycznej”, które sugeruje coś, niczego nie wyjaśniając. Czy ów brak zgody oznacza, że nie było zielonego światła ze strony premiera Donalda Tuska? Koalicjantów?
Odpowiedź twierdząca w znaczący sposób przesuwałaby odpowiedzialność za brane obecnie na cel patologie w systemie, z którymi rząd z całej siły chce walczyć. Szczególnie mocno to pytanie wybrzmiewa w tych obszarach, które – jak mówiła minister Sobierańska-Grenda – nie będą wymagać zmian ustawowych. Jeśli tzw. „duży CAP”, czyli ograniczenie odsetka przychodów z NFZ, jaki szpital może przeznaczyć na wynagrodzenia, wymaga jedynie ustaleń między MZ, NFZ i AOTMiT (poprzedzonych oczywiście analizami), dlaczego to rozwiązanie nie funkcjonuje już od pół roku lub – na przykład, zakładając wydłużony czas analiz – właśnie nie weszło w życie 1 lipca? Odpowiedź, że zabrakło ustawy pozwalającej na agregowanie danych z umów byłaby typowym wybiegiem – ona ma przynieść odpowiedź na zupełnie inne pytania. Powstaje pytanie, czy był taki moment, w którym owe luźno formułowane propozycje zostały sformułowane jako choćby zapowiedzi projektów – i nie dostały zielonego światła, czy też może w ogóle resort zdrowia nie podjął nawet próby przekucia ich na konkrety. I dlaczego.
Drugi wymiar wiarygodności jest powiązany z pierwszym, choć można go też rozpatrywać samodzielnie. Kilka dobrych tygodni po swojej nominacji, podczas prezentacji priorytetów swojego resortu, Jolanta Sobierańska-Grenda zapowiedziała, że podstawowym wyzwaniem, priorytetem absolutnym, będzie ustabilizowanie finansów płatnika. W budżecie na 2026 rok, jak usłyszeli posłowie Komisji Zdrowia i dziennikarze podczas spotkania z mediami, jest „planowana” luka na 23 mld zł. Tyle wynosiła różnica między planowanymi kosztami świadczeń a spodziewanymi przychodami (już łącznie z zaplanowaną dotacją budżetową). Nie podjęto jednak żadnych decyzji – na szczeblu rządowym i ministerialnym – by budżet zrównoważyć. Żadnych, poza zwiększaniem – bardzo oszczędnym, metodą „kapania kroplówki” – dotacji z budżetu państwa. MZ w praktyce wycofało się z wszystkich trudnych decyzji redukujących koszty, jedynym konkretem zostało zarządzenie prezesa NFZ o ograniczeniu finansowania nadwykonań w diagnostyce kosztochłonnej i osławione listy do wybranych lekarzy, by ograniczyli preskrypcję najdroższych leków na rzeczy ich odpowiedników, zwłaszcza przy wystawianiu recept „S”. Budżet płatnika to jedno, budżety świadczeniodawców – drugie, choć obydwie rzeczywistości są ze sobą ściśle powiązane. Jak wpłynie na nie tegoroczna odsłona realizacji ustawy o wynagrodzeniach minimalnych? To również część problemu z wiarygodnością obecnego kierownictwa MZ, o czym zapewne przyjdzie się przekonać w najbliższych tygodniach.
Jesteśmy w sytuacji, w której „trudne zmiany”, które „nie wszystkim będą się podobać”, ale „od których nie ma odwrotu” (to wszystko cytaty z wtorkowej wypowiedzi premiera) będą wdrażane, bez wskazywania palcem konkretnych osób, w warunkach umiarkowanej (lub niskiej) wiarygodności. Czy to zwiększa szanse na powodzenie, czy wręcz przeciwnie?
Są oczywiście zapowiedzi bardzo konkretne – centralna e-rejestracja, e-kolejka. Przyspieszenie, wdrożenie, terminy – tu można się zastanawiać, również, czy jeśli wiadomo było, że e-rejestracja jest może nie „lekiem na całe zło”, ale w istotny sposób wpływa na poprawę sytuacji, należało proces wdrażania tak bardzo rozwlekać (do końca 2029 roku), gdy teraz „okazało się!”, że można to zrobić w o połowę krótszym czasie. To również zahacza o wiarygodność. Bo albo rzeczywiście ten proces pełnego wdrożenia musiał zostać rozłożony na tak długi czas (wówczas zapowiedź jego znaczącego skrócenia jest obarczona dużym znakiem zapytania i może okazać się mocno na wyrost), lub – wydłużono go niepotrzebnie, co rodzi pytanie o kompetencje osób rekomendujących i podejmujących decyzje.
To technikalia, które nie budzą większych społecznych emocji – w przeciwieństwie do całej reszty zapowiedzi, dotyczących wprost obszaru warunków pracy i wynagradzania za tę pracę. Jakości pracy, również. Społecznych emocji obywateli, ale przede wszystkim pracowników ochrony zdrowia, z których część została w tej chwili postawiona pod pręgierzem opinii publicznej. Zapowiedzi MZ nie są dla nich obce, zresztą przedstawiciele środowiska pracowników mówią o tym wprost, nazywając rzeczy po imieniu: odgrzewane kotlety (Krystyna Ptok, przewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych). Partnerzy społeczni mówią, że czekają na dialog z MZ – a dzień przed prezentacją założeń zostali potraktowani w sposób, który stawia pod znakiem zapytania wiarygodność minister zdrowia jako strony owego dialogu. Bo co prawda w resorcie zdrowia może być delegowany wiceminister do prowadzenia dialogu na co dzień, do roboczych rozmów ze stroną społeczną, ale to minister jest zawsze stroną (ewentualnej) umowy. Jolanta Sobierańska-Grenda nie tylko nie pojawiła się na wtorkowym posiedzeniu Trójstronnego Zespołu ds. Ochrony Zdrowia, na którym jej obecność została potwierdzona, ale nawet nie podjęła próby skontaktowania się z oczekującymi na nią partnerami społecznymi.
Szczególnym wyzwaniem będzie na pewno spotkanie z przedstawicielami Naczelnej Rady Lekarskiej, do którego ma dojść w czwartek 9 lipca. Relacje samorządu lekarskiego z MZ są od miesięcy napięte, samorząd zabiegał o rozmowy z premierem, nie widząc woli dialogu po stronie resortu (ze strony Donalda Tuska nie zobaczył jej również). Nawet zakładając, że środowisko lekarskie nie powita pakietu zapowiadanych zmian z entuzjazmem, nie można nie dostrzec, że były sygnały ze strony lekarzy – choćby dotyczące ograniczenia czasu pracy – otwartości na rozmowy o zmianach. Pod warunkiem, że będą to rozmowy, nie forsowanie z góry przyjętych rozwiązań. Dialog nie oznacza omawiania w nieskończoność tych samych propozycji i przymuszania partnerów do ich przyjęcia. Dialog to poszukiwanie wspólnych rozwiązań i zdolność do przyjmowania argumentów. Warunkiem sine qua non takiego dialogu jest wiarygodność.
Wiarygodność, głupcze! – trawestując hasło Billa Clintona z 1992 roku („Economy, stupid!”).