Choć propozycje resortu zdrowia trudno uznać za plan reformy – przypominają raczej zbiór działań doraźnych, rozwiązujących problemy, które politycy uznali za szczególnie palące (czyli np. bulwersujące opinię publiczną zarobki lekarzy) – ich konsekwencje mogą być poważne i dalekosiężne.
Minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda. Fot. MZ
- Minister zdrowia uważa, że konkretną propozycją są indywidualne stawki maksymalne. Rzeczywiście, natomiast eksperci zachodzą w głowę, skąd – chociażby – owo 240 zł za godzinę się wzięło
- MZ i NFZ wiedzą, że nie da się zapanować nad spiralą kosztów bez zmniejszenia strukturalnego popytu na pracę lekarzy w kosztochłonnym segmencie szpitalnym
- Można założyć, że stawka maksymalna stosunkowo szybko stanie się stawką realną – i to nie tylko w najbardziej w tej chwili atrakcyjnych finansowo specjalizacjach
- Ruszenie jednego elementu – choćby wprowadzenie owej maksymalnej stawki godzinowej – pociągnie za sobą konieczność podejmowania kolejnych decyzji
Z dużej chmury niewielkie kropelki dżdżu – środowa konferencja prasowa minister zdrowia Jolanty Sobierańskiej-Grendy nie przekonała ekspertów i dziennikarzy do tego, co szefowa resortu zdrowia chciała chyba przekazać przede wszystkim: propozycje, które przedstawiła, to nie efekt kilkudniowego maratonu prac i poszukiwania wyjścia z matni, lecz efekt mrówczej, wytężonej, wielomiesięcznej pracy. Sęk w tym, że równie fałszywe wydają się supozycje o wykonywanych licznych telefonach do ekspertów w poszukiwaniu rozwiązań, jak i te dotyczące mrówczej pracy. Na stole leżą – rzeczywiście – propozycje, o których słyszało niejedno audytorium, nowości w nich za grosz. Ale o efekcie wielomiesięcznej pracy trudno mówić, skoro są one nieoprzyrządowane – nie ma projektów, nie ma konkretów, nie ma – wreszcie – analiz dotyczących skutków tych propozycji.
Jolanta Sobierańska-Grenda uważa, że konkretem są indywidualne stawki maksymalne. Rzeczywiście, natomiast eksperci zachodzą w głowę, skąd – chociażby – owo 240 zł za godzinę się wzięło. Czy przyjęto przedział 40–50 tys. zł, sugerowany jako maksymalny poziom wynagrodzeń w sektorze publicznym (w wymiarze etatu) już od miesięcy – i był to jedyny punkt odniesienia? Czy stoją za tym jakieś (jakiekolwiek) wyliczenia?
Warto też zwrócić uwagę, że choć same propozycje resortu zdrowia trudno uznać za plan reformy, przypominają raczej zbiór działań doraźnych, rozwiązujących problemy, które politycy uznali za szczególnie palące (czyli np. bulwersujące opinię publiczną zarobki lekarzy), ich konsekwencje mogą być poważne i dalekosiężne. O tym, jakie skutki może mieć sztywna maksymalna granica wynagrodzeń dla publicznego systemu, wiadomo nie od dziś. Co więcej, z punktu widzenia systemu jako całości te skutki wcale nie muszą być negatywne – warto byłoby jednak upewnić się, że wszyscy decydenci mają ich pełną świadomość.
Przykład pierwszy z brzegu: 100 tys. zł wynagrodzenia dla lekarza SOR i wielomiesięczne poszukiwania chętnych na przyjęcie takiej oferty. 300–350 zł za godzinę pracy na SOR jako „stawka rynkowa” – i też kandydaci nie pchają się drzwiami i oknami, nawet w stosunkowo dużych miastach, gdzie lekarzy nie brakuje, nie mówiąc o oddalonych od ośrodków miejskich powiatach. Jeśli do tego zostanie rzeczywiście wdrożone ograniczenie części budżetu, jaki szpital może przeznaczyć na wynagrodzenia oraz wymóg pracy w wymiarze przynajmniej połowy etatu, część szpitali pierwszego i drugiego poziomu stanie przed trudnymi decyzjami. A raczej – staną przed takimi decyzjami ich organy założycielskie.
Powiaty i dyrektorzy szpitali powiatowych są tego z całą pewnością świadomi – ogłoszone z pompą propozycje MZ już raz przecież ich organizacje oficjalnie niemal odrzuciły, gdy jesienią ubiegłego roku ministerstwo zaczęło o nich rozmawiać w ramach Trójstronnego Zespołu ds. Ochrony Zdrowia. W rozmowie z nami, w listopadzie 2025 roku, wiceprezes NFZ Jakub Szulc mówił, że szpitale powiatowe chcą, by zmian dotyczących warunków zatrudniania lekarzy na kontraktach nie wprowadzać od razu, żeby był kilkuletni okres przejściowy, poprzedzony analizą i dyskusją. Na naszą uwagę, że „zmiany w zasadach kontraktowania pracy lekarzy sprawią, iż restrukturyzacja czy konsolidacja, które w ustawie szpitalnej pozostają opcją, staną się twardą rzeczywistością, bo część placówek zostanie dosłownie odcięta od możliwości zatrudniania lekarzy, jeśli wejdzie w życie to, co leży na stole”, Szulc zareagował jednoznacznie: „To znaczy, że należałoby pogratulować Ministerstwu Zdrowia trafnej diagnozy i propozycji”.
Różnica jest taka, że wtedy MZ przedstawiało pakiet propozycji jako głos (części) strony społecznej, w tej chwili – jak się wydaje – bierze za niego pełną odpowiedzialność. Co nie zmienia istoty rzeczy: stawką jest znaczące ograniczenie popytu na pracę lekarzy za pomocą regulacji dotyczących wynagrodzeń. Nie od strony zmian w strukturze świadczeniodawców, bez ruszania sieci szpitali – próba wymuszenia (zmotywowania) organów założycielskich do bardziej radykalnych i szybszych działań restrukturyzacyjnych i konsolidacyjnych, koniecznych w warunkach, jakie stworzą zapowiadane rozwiązania – oczywiście, jeśli wejdą w życie. Ministerstwo Zdrowia i NFZ wiedzą, że nie da się zapanować nad spiralą kosztów bez zmniejszenia strukturalnego popytu na pracę lekarzy w kosztochłonnym segmencie szpitalnym.
Część polityków już zresztą wyczuwa problem. Lewica – konkretnie Joanna Wicha, wiceprzewodnicząca sejmowej Komisji Zdrowia, wymieniana nawet jako ewentualna kandydatka na szefową resortu zdrowia – już mówi o konieczności zapewnienia dostępności specjalistów w mniejszych ośrodkach, a jej niektórzy politycy zastanawiają się, czy maksymalny poziom wynagrodzeń nie powinien objąć również sektora prywatnego (!). Wydaje się to absurdalne, ale warto pamiętać, że ustawa o wynagrodzeniach minimalnych objęła również podmioty lecznicze, które nie mają kontraktu z NFZ. Żadnego kontraktu. W maju 2017 roku w ocenie skutków regulacji do projektu ustawy o wynagrodzeniach minimalnych resort zdrowia pisał: „Wprowadzenie jednakowej stawki najniższego wynagrodzenia zasadniczego dla wszystkich podmiotów leczniczych, bez względu na ich formę prawną oraz źródło finansowania, może się przełożyć na zwiększenie konkurencyjności publicznych podmiotów leczniczych w stosunku do podmiotów leczniczych sektora prywatnego, co w konsekwencji może spowodować wzrost zatrudnienia w sektorze publicznym.”
Bo oczywistym kierunkiem odpływu kadr lekarskich ze szpitali powiatowych stanie się sektor całkowicie prywatny (czyli podmioty pracujące zupełnie bez kontraktu z Funduszem). Wcześniej – co można zakładać – szpitale, które do tej pory płaciły lekarzom stawki bliższe granicy minimalnej, będą musiały jednak zrewidować swoją politykę. Można założyć – eksperci mówią o tym dość jednoznacznie – że stawka maksymalna stosunkowo szybko stanie się stawką realną – i to nie tylko w najbardziej w tej chwili atrakcyjnych finansowo specjalizacjach. Tu, oczywiście, w grę wchodzi ścisły rozdział publicznego i prywatnego sektora – o którym resort zdrowia nie wspomina, ale o który z całą pewnością przedstawiciele innych klubów będą się upominać.
Ruszenie jednego elementu – choćby wprowadzenie owej maksymalnej stawki godzinowej – pociągnie za sobą konieczność podejmowania kolejnych decyzji. Problem w tym, że czasu na przeprowadzenie zmian jest dramatycznie mało, a ich skutki, przynajmniej w pierwszym – liczonym jednak w latach, nie w miesiącach – okresie, muszą być trudne. Nie tyle dla pracowników ochrony zdrowia (przede wszystkim lekarzy), co dla społeczności lokalnych i pacjentów.