Studium kryzysu

Małgorzata Solecka
Kurier MP

Temat zarobków lekarzy nie zejdzie szybko z agendy. Panika moralna daje niemal pewność, że opinia publiczna będzie reagować na spodziewane problemy systemu w sformatowany, pożądany z punktu widzenia decydentów sposób. Zamiast „wina Tuska!” będzie „wina lekarzy!”.

Fot. Adobe Stock

  • Od ponad miesiąca trwa nieustanne bombardowanie opinii publicznej informacjami o zarobkach lekarzy
  • Panika moralna nie trwa wiecznie – zawsze znajduje się kolejny rozpalający wyobraźnię temat, ale trzeba przyznać, że ta obecna może trwać bardzo długo
  • W ciągu ostatnich dwóch dekad ani razu nie zdarzyło się, by protesty organizacji zrzeszających pracowników medycznych zagroziły bezpieczeństwu pacjentów
  • Bezpieczeństwu chorych zagrażała natomiast nieraz nieudolność rządzących i brak woli budowy sprawnego systemu ochrony zdrowia
  • Opublikowany właśnie raport NIK potwierdza to, co wiadome od długiego czasu: duża część osławionych maratonów dyżurowych wynika z kontraktowego modelu pracy, ale znaczna – również z faktu, że w inny sposób nie da się zabezpieczyć ciągłości działania SOR

Największy problem. Panika moralna. Od ponad miesiąca trwa nieustanne bombardowanie opinii publicznej informacjami o zarobkach lekarzy. Bombardowanie wielostronne: swoje działania prowadzą media, nagłaśniające zidentyfikowane przypadki horrendalnie wysokich stawek, swoje dokłada rząd, za wszelką cenę starając się utrzymać uwagę opinii publicznej na tym zagadnieniu.

Mamy wręcz laboratoryjne warunki do zbadania kolejnego przypadku zjawiska, opisanego przez naukę w latach 70-tych ubiegłego wieku, zjawiska paniki moralnej. Brytyjski socjolog Stanley Cohen, analizując na początku dekady reakcje mediów na konflikt dwóch subkultur młodzieżowych, pokazał, w jaki sposób doszło do uogólniania sądów na temat nastolatków, którzy się z tymi subkulturami identyfikowali i w jaki sposób zbudowano w oparciu o nie atmosferę niechęci, strachu i nieufności wobec nich.

Naukowcy nie mają wątpliwości i teraz, patrząc na to, co dzieje się w ostatnich tygodniach. – Moralna panika sprawia, że pojedyncze przypadki zaczynają być przedstawiane jako obraz całej grupy zawodowej. Z kolei heurystyka dostępności powoduje, że skoro media nieustannie pokazują kilka spektakularnych kontraktów, zaczynamy wierzyć, że są one normą – pisał w minionym tygodniu w mediach społecznościowych Tomasz Sobierajski, socjolog zajmujący się m.in. problemami ochrony zdrowia. Ekspert podkreślał zwłaszcza kwestię budowania nieufności, rujnowania zaufania – przede wszystkim w relacji pacjent–lekarz. Nie na poziomie ogólnym, choćby między organizacjami pacjentów a szeroko rozumianym środowiskiem lekarskim, ale w bardzo konkretnym wymiarze gabinetu, do którego zgłasza się pacjent, który potrzebuje pomocy. – Zaufanie to zostało ostatnio mocno nadszarpnięte informacjami o zarobkach niektórych lekarzy kontraktowych w placówkach państwowych. Stawki podawane przez media są dla wielu osób po prostu szokujące. Emocje są więc naturalne – przyznał, wyrażając jednocześnie żal, „że w gorączce dyskusji tak rzadko zadawane są pytania, z jakiego powodu takie kontrakty zostały zawarte? Kto je negocjował? Kto je podpisywał? Kto przez lata stworzył system, który niektórzy lekarze w porozumieniu z administracjami niektórych szpitali bezdusznie wykorzystują?”.

Panika moralna nie trwa wiecznie – zawsze znajduje się kolejny temat rozpalający wyobraźnię, ale trzeba przyznać, że ta obecna może trwać bardzo długo. Głównie dlatego, że jest napędzana konkretnym paliwem odrębnych interesów. Cui prodest?

Swój interes w podtrzymywaniu zainteresowania tematem zarobków lekarzy ma rząd, bo to daje (niemal) pewność, że opinia publiczna będzie reagować na spodziewane problemy systemu w sformatowany, pożądany z punktu widzenia decydentów sposób. Pacjenci nie są kwalifikowani do programów lekowych? Wina lekarzy, bo za dużo zarabiają! Szpitale zgłaszają konieczność zawieszenia czy zamknięcia oddziałów? Wina lekarzy i ich chciwości! Kolejki do badań i zabiegów się nie skracają, przeciwnie? Wiadomo, lekarze…

Ale swój interes w tym, by temat zbyt szybko się nie wypalił, widzą też (niektóre) media. Wiadomo, że opatrzone sensacyjnymi nagłówkami materiały „klikają się” bardzo dobrze, a jeśli sensacyjne treści dotyczą dwóch newralgicznych tematów – pieniędzy i zdrowia – sukces, mierzony klikami, ale też zaangażowaniem odbiorcy, jest wręcz murowany. Palmy pierwszeństwa Kanałowi Zero nikt nie odbierze, ale bardzo wyraźnie widać pościg peletonu, drugim ani trzecim miejscem nikt w tej rywalizacji nie pogardzi. Dalszymi, jak się wydaje, również.

Największy znak zapytania. Rząd kontra lekarze. – Dał nam przykład Ronald Reagan, jak zwyciężać mamy! – zdaje się podpowiadać gabinetowi Donalda Tuska Witold Jurasz, publicysta wiodącego portalu informacyjnego, niegdyś w służbie dyplomatycznej RP. Publicyście nie można odmówić olbrzymiej wiedzy na temat – zwłaszcza – polityki wschodniej i bezpieczeństwa, ogromnego instynktu propaństwowego, ale już niekoniecznie choćby pobieżnej orientacji w złożonej materii systemu ochrony zdrowia.

Jurasz, nawołując do rozprawienia się z kierującą się egoizmem grupą zawodową, przywołuje, streszczając meritum wywodu, sytuację z 1981 roku, gdy prezydent Stanów Zjednoczonych u progu swojej pierwszej kadencji zderzył się z protestem kontrolerów ruchu lotniczego. Spoiler – zdusił nielegalny strajk, zwolnił (z wilczym biletem na pracę w całej administracji federalnej) ponad 11 tys. osób (z nieco ponad 13 tys. zatrudnionych) i pokazał, że „państwo to ja” dobitniej niż francuski władca absolutny. Zrobił co musiał – skasowano co prawda połowę lotów, ale ruch lotniczy nie ucierpiał „tak bardzo”, bo do pracy ściągnięto personel wojskowy i emerytowanych kontrolerów.

I na tym można byłoby w sumie poprzestać (abstrahując choćby od liczebności obu grup). Bo gdyby szukać paraleli między tymi sytuacjami, któż miałby zastąpić czynnych zawodowo lekarzy, skoro w tej grupie zawodowej pojęcie wieku emerytalnego jest mocno teoretyczne, o czym świadczy choćby wysoka średnia wieku lekarzy specjalistów – w niektórych specjalizacjach (chirurgia) sięga 60 lat, a co czwarty chirurg przekroczył już wiek emerytalny.

Ale to wcale nie jest największy problem. Publicysta rekomenduje strategię prezydenta USA, niektórzy aktywiści polityczni przywołują przykład Margaret Thatcher i jej udanego (?) rozprawienia się z protestami górniczych związków zawodowych. Tyle że w obu przypadkach państwo starło się ze związkami zawodowymi, stawiającymi żądania (nie czas i miejsce na analizę, słuszne czy nie).

Rząd Donalda Tuska z nikim w sprawach ochrony zdrowia się nie ściera. Nie ma ani strajków, ani protestów ulicznych, ani nawet ich zapowiedzi. Ostatnie większe manifestacje pracowników ochrony zdrowia przechodziły ulicami stolicy kilka lat temu. W ciągu ostatnich dwóch dekad ani razu nie zdarzyło się, by protesty organizacji zrzeszających pracowników medycznych zagroziły bezpieczeństwu pacjentów. Wielokrotnie za to owo bezpieczeństwo było wystawiane na szwank – niekiedy, tak jak w drugiej i trzeciej fali pandemii COVID-19 w stopniu dramatycznym – ze względu na nieudolność rządzących. Zasadnicze pytanie brzmi więc: o czym w ogóle rozmawiamy?

Ronald Reagan i Margaret Thatcher wykazywali się wizjonerską odwagą (nie tylko i nie przede wszystkim w starciach ze związkami zawodowymi). A czym wykazuje się – w sprawach związanych z ochroną zdrowia – państwo polskie i ci, którzy w tej chwili dzierżą stery?

Czy lekarzy (a może nie tylko ich) do porządku miałby przywoływać rząd, który przez dobrych kilkanaście miesięcy z premedytacją nie dostrzegał niebezpieczeństwa związanego z pogłębiającą się nierównowagą finansów systemu ochrony zdrowia, lekceważąc i ignorując dwa raporty przygotowane przez ekspertów i publicznie prezentowane?

Czy ma to robić osobiście premier, który od momentu przejęcia władzy problemom ochrony zdrowia nadawał priorytet wręcz ujemny, stawiając na strategię opartą na braku zmian i kontynuacji polityki poprzedników w wielu obszarach, z osławioną ustawą przychodową (7 proc. PKB na zdrowie N-2, czyli tak naprawdę ponad 1 punkt procentowy mniej, ale ciszej nad tą metodologią, bo „prawie 7” to więcej niż „niecałe 6”)? Który w obszarze ochrony zdrowia podejmował decyzje, mówiąc bardzo ostrożnie, chybione?

Czy odpowiadać ma za to minister zdrowia, apolityczna i bierna, która przez rok kilka razy uaktywniała się medialnie, prezentując całkiem słuszne opinie i ogłaszająca spójnie i logicznie wyglądające plany, ale bez dalszego ciągu w postaci decyzji zmieniających rzeczywistość?

Czy państwo, które przez trzy dekady zawodziło i pacjentów, i pracowników systemu, i – po prostu – obywateli, utrzymujących system, państwo, które wyrysowało boisko i określiło reguły gry, choćby w postaci rozdętego ponad rozsądek i własne możliwości sektora szpitalnego, pochłaniającego połowę środków systemu i wymagającego ogromnych zasobów ludzkich, państwo, które przez większą część tego okresu (co najmniej dwie dekady) utrzymywało tego kolosa na glinianych nogach kosztem haniebnie źle wynagradzanej pracy profesjonalistów medycznych (tak, również lekarzy) – ma podstawy do „brania w karby” kogokolwiek – skoro nie robi realnie nic, by rozwiązać problemy po stronie popytu na pracę?

I wcale nie chodzi o to, że 40 tys. zł za pracę w wymiarze etatu to nie jest godna stawka, bo dla zdecydowanej większości lekarzy zapewne byłaby. Ale… Po pierwsze, nie dla wszystkich. Po drugie, z góry wiadomo, że w naszym systemie, którego konstrukcji politycy nie mają odwagi naruszyć, hasło „jeden lekarz – jeden etat” – oznacza kompletny demontaż. Ba, może się okazać, że nawet „dwuetatowość” nie wystarczy do utrzymania względnej stabilności. Po trzecie wreszcie, państwo, wprowadzając regulacje, nie powinno narażać się na śmieszność. A z głosów, jakie docierają z poziomu szpitali i – zwłaszcza – powiatów – można wnioskować, że „Polak potrafi” nie jest pustym hasłem, a ścieżki obejścia stawki maksymalnej i dużego CAP-u na szpitalne budżety na wynagrodzenia już są projektowane. By nie powiedzieć – zaprojektowane. Jeszcze nie ma przepisów, a już wiadomo, że będą obchodzone i w jaki sposób.

Problem na żadnym etapie nie leży, gdy mówimy o polskiej ochronie zdrowia AD 2026, w „kontrolerach lotu” (pomijając tzw. czynnik ludzki). Problem od zawsze leży po stronie państwa. Również w obszarze zarobków, które tak bardzo wstrząsają opinią publiczną.

Warte odnotowania. Mińsk Mazowiecki. Dawid Kacprzyk, młody lekarz, od którego wszystko się zaczęło, negocjował stanowisko faktycznego koordynatora SOR w kolejnym szpitalu – tym razem w Mińsku Mazowieckim. Informacja podana w minionym tygodniu, aczkolwiek nieco szokująca (to już czwarty udokumentowany, potwierdzony szpital, a z nieoficjalnych informacji wynika, że to może nie być pełna lista), w zasadzie sporo wyjaśnia.

Okazuje się, że choć kwoty, jakie wyciągnął z dwóch szpitali Kacprzyk, w dużej części wynikały zapewne z nieprawidłowości w rozliczaniu godzin pracy (to bardzo delikatne i dyplomatyczne stwierdzenie), tak naprawdę w sprawie chodzi o coś więcej. To – również – nie tylko kwestia indywidualnych decyzji i tzw. czynnika ludzkiego (choć nie można pomniejszać ich znaczenia), ale problemu jak najbardziej systemowego: permanentnych problemów szpitali ze skompletowaniem obsady na SOR-ach. Nie od dziś wiadomo – problem jest opisywany od kilku lat, jesienią ubiegłego roku media ekscytowały się brakiem chętnych do pracy na SOR w Bielsku-Białej, gdzie szpital kusił lekarzy, kładąc na stole 100 tysięcy złotych, bez efektów – że dyrektorzy oferują wysokie i bardzo wysokie stawki za dyżury na tym szczególnie trudnym odcinku. Sporo o warunkach pracy na SOR można się dowiedzieć również z opublikowanego właśnie raportu NIK, który tylko potwierdza to, co wiadome od długiego czasu: duża część osławionych maratonów dyżurowych wynika z kontraktowego modelu pracy, ale znaczna – również z faktu, że w inny sposób nie da się zabezpieczyć ciągłości działania SOR.

Z relacji dyrektorów i z tego, co już wiadomo o modus operandi Dawida Kacprzyka wynika, że miał on rzeczywiście sporą grupę – raczej nieformalną „spółdzielnię” – lekarzy, gotowych do pełnienia dyżurów. A ponieważ tacy są na wagę złota, lekarz mógł próbować negocjować i podbijać stawkę – dla kolegów i dla siebie. Wszystko w oparciu o rzeczywisty popyt, z wykorzystaniem mechanizmów systemu, choć mogą pojawiać się wątpliwości, czy do końca zgodnie z jego zasadami.

19.07.2026
Doradca Medyczny
  • Czy mój problem wymaga pilnej interwencji lekarskiej?
  • Czy i kiedy powinienem zgłosić się do lekarza?
  • Dokąd mam się udać?
+48

w dni powszednie od 8.00 do 18.00
Cena konsultacji 29 zł

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.
Poradnik świadomego pacjenta
  • Flebolog - czym się zajmuje, jakie choroby leczy?
    Flebolog to lekarz zajmujący się diagnostyką i leczeniem chorób żył. Zajmuje się m.in. żylakami, pajączkami naczyniowymi, zakrzepicą żył głębokich, obrzękami i przewlekłą niewydolnością żylną. Flebologia w Polsce nie jest osobną specjalizacją.
  • Ginekolog – czym się zajmuje, jakie choroby leczy
    Ginekolog to lekarz zajmujący się profilaktyką, diagnostyką i leczeniem chorób żeńskiego układu rozrodczego. Opiekuje się pacjentkami w każdym wieku – przeprowadza regularne badania kontrolne, pomaga w doborze metod antykoncepcji, diagnozuje przyczyny zaburzeń miesiączkowania oraz niepłodności, rozpoznaje i leczy choroby nowotworowe żeńskiego układu rozrodczego. Dba również o prawidłowy przebieg ciąży, porodu i połogu.