Blisko połowa Polaków uważa, że Jolanta Sobierańska-Grenda powinna stracić stanowisko ministra zdrowia. Donald Tusk, który równo rok temu ogłosił zmianę na tym stanowisku, jest w wyjątkowo trudnej, z kilku powodów, sytuacji. Wyczulony na nastroje społeczne dobrze pamięta, że odpartyjnienie resortu zdrowia było i jest projektem, za który ponosi pełną odpowiedzialność.
Minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda. Fot. MZ
- Gdy Jolanta Sobierańska-Grenda przedstawiała publicznie swoje priorytety, jako główny wskazała zrównoważenie budżetu płatnika. Tego celu nie udało się przez rok osiągnąć
- Konieczność zarządzania nie tylko (i nie tyle) budżetem NFZ, co właśnie luką w nim, uwypukliła głęboką nierównowagę między kluczowymi dla systemu instytucjami – regulatorem i płatnikiem
- Jeśli kontrakt między premierem a minister Sobierańską-Grendą obejmował rolowanie trudnych decyzji, zabrakło zaledwie miesiąca, by rok można było uznać za udany
- Jeśli coś rzeczywiście od połowy czerwca stanęło w świetle jupiterów, to wcale nie wysokość zarobków (niektórych) lekarzy – a bezczynność w tej sprawie rządu i minister zdrowia
- Całkiem dobrze Sobierańska-Grenda przeszła przez wotum nieufności, kiedy podczas wielogodzinnego maratonu w Komisji Zdrowia i podczas debaty plenarnej zaprezentowała się zaskakująco korzystnie
- Programowy brak obecności minister zdrowia w Sejmie pociąga za sobą pytanie o podział obowiązków w resorcie i skutki tego podziału
- W jeszcze większym stopniu Ministerstwo Zdrowia może się „wyłożyć” – wizerunkowo, politycznie – przy okazji reformy psychiatrii
– Mam kontrakt z premierem – mówiła dosłownie kilka dni temu minister zdrowia, gdy opadł już kurz po zawierusze związanej z postawionym jej i prezesowi Filipowi Nowakowi „ultimatum”. Dziennikarze pytali, dlaczego po prostu nie poda się do dymisji, skoro kryzys w systemie ochrony zdrowia przez blisko rok jej urzędowania nie tylko się nie zmniejszył, ale eskalował i dosłownie wybuchł w rękach. Rządowi i premierowi przede wszystkim, bo Jolanta Sobierańska-Grenda w momencie najpotężniejszych medialnych eksplozji była po prostu nieobecna.
Kontrakt? Dziś, gdy szpitale publiczne muszą wprowadzać dane o kontraktach do Centralnego Rejestru Umów, a resort zdrowia przygotowuje kolejne rozwiązania, które mają zapewnić większą jawność i przejrzystość umów w publicznym systemie, warto zapytać, co zawierał ów kontrakt w 2025 roku, gdy był zawierany, i jakie ewentualnie modyfikacje do niego wprowadzano. A także w jakim stopniu był realizowany.
Bo sądząc po dwunastu miesiącach (licząc od powołania, warto przypomnieć, że na początku września 2025 roku Tusk „restartował” swój projekt, ogłaszając doktrynę o odpolitycznieniu i odpartyjnieniu MZ) można byłoby przypuszczać, że kontrakt już w momencie zawierania przewidywał rolowanie problemów systemu tak długo, jak się da. Dużo słów, dużo dobrze wyglądających zapowiedzi, jeszcze więcej prac formalnych, przekładających się na cząstkowe zmiany. Zmiana w służbie kontynuacji tak długo, jak się da, nawet jeśli ta kontynuacja miałaby prowadzić do coraz większej degeneracji systemu – w nadziei zapewne, że ten proces nie osiągnie punktu krytycznego.
Szef rządu liczył najwyraźniej, że „da się” do wyborów. A przynajmniej do końca tego roku, bo już w roku wyborczym samo z siebie jest jasne, że żadnych dużych zmian się nie przeprowadza. Czy Tusk chciał w ogóle jakichś zmian? Na pewno. – Celem zmian ma być poprawa sytuacji pacjentów. Powiem brutalnie, nie poprawa sytuacji lekarzy – mówił 23 lipca 2025 roku.
To cytat wart przypomnienia rok później, gdy rząd w panice próbuje przekonać opinię publiczną, że bierze w karby zarobki lekarzy, a pacjenci kwalifikowani do programów lekowych lub na taką kwalifikację czekający zderzają się z rzeczywistością, czyli odmowami, bo ośrodki prowadzące programy – również duże szpitale kliniczne – nie są już w stanie udźwignąć braku finansowania czy opóźnień ze strony płatnika. Wynikających nie ze złej woli czy organizacji, ale potężnej luki finansowej.
Nie wiadomo, czy premier wpisał to do kontraktu, ale gdy pod koniec września Jolanta Sobierańska-Grenda przedstawiała publicznie swoje priorytety, jako główny wskazała zrównoważenie budżetu płatnika. Tego celu nie udało się przez rok osiągnąć (prezes NFZ mówi o luce sięgającej 14 mld zł, część ekspertów ocenia, że może być ona jeszcze o dwa, może nawet trzy miliardy złotych większa), w głębokiej nierównowadze jest też planowany przyszłoroczny budżet Funduszu. I normą stał się brak planu finansowego – w rozumieniu dokumentu, pod którym podpisy składają, biorąc za niego odpowiedzialność, ministrowie zdrowia oraz finansów. To, co miało być rozwiązaniem przejściowym, rozwiązaniem awaryjnym, znormalizowano. Na wzór innych, patologicznych schematów wpisanych w system.
Jednocześnie konieczność zarządzania nie tylko (i nie tyle) budżetem NFZ, co właśnie ową nierównowagą, ową luką, uwypukliła głęboką (i pogłębiającą się) nierównowagę między kluczowymi dla systemu instytucjami – regulatorem i płatnikiem. Ten drugi formalnie pełni tylko funkcje zarządcze, administruje budżetem. Faktycznie, niezależnie od zapewnień i deklaracji, to płatnik określa ramy, w jakich regulator może się poruszać. Im luka większa, tym te ramy stają się, co oczywiste, węższe.
Jeśli kontrakt między premierem a minister Sobierańską-Grendą rzeczywiście obejmował rolowanie trudnych decyzji, zabrakło zaledwie miesiąca, by rok można było uznać za udany. Opinia publiczna od kilku tygodni jest karmiona informacjami o wysokości zarobków (niektórych) lekarzy, sondaże pokazują, że Polacy żądają „ukrócenia procederu”, ale przecież ów proceder i zarobki nie są i nie były żadną tajemnicą. Dość powiedzieć, że o fakturach przekraczających 200 tys. zł mówiono już w 2024 roku, a i one nie wzięły się znikąd. To nie jest tak, że lekarz wystawiający taką fakturę wcześniej przez lata zarabiał, powiedzmy, 30 tys. zł – i nagle siedem razy więcej.
Jeśli coś rzeczywiście od połowy czerwca stanęło w świetle jupiterów, to wcale nie wysokość zarobków (niektórych) lekarzy – a bezczynność w tej sprawie rządu i osobiście minister zdrowia. Bo wszelkie dane były na stole. Nawet jeśli niekompletne (niemożność agregowania umów), to wystarczające do podjęcia decyzji i działań. Co więcej – te decyzje były przecież zapowiadane, by przypomnieć tylko kontredans z jesieni ubiegłego roku wokół zasad kontraktów, które były publicznie ogłaszane i dyskutowane. Odstąpiono od nich, próbując zresztą przerzucić odpowiedzialność za pojawienie się tematu w dyskursie publicznym na... związki zawodowe. Trudno się dziwić, że część partnerów społecznych tę rejteradę postrzega jako ugięcie się przed „silnymi” lekarzami.
Wydaje się jednak, że to absolutnie wtórny, jeśli w ogóle jakiś, powód. Zaś zasadniczy to – wszystko na to wskazuje – ów świeży wówczas kontrakt: tak mało zmian, jak to tylko możliwe. A nikt nie ma wątpliwości, że zmiany w zasadach wynagradzania lekarzy za pracę mogą spowodować liczne i nie do końca dające się przewidzieć konsekwencje dla systemu. Ministerstwo i rząd zdają się z nimi nie liczyć do tego stopnia, że pojawia się pytanie, czy nie jest to faktyczna strategia, opakowana w miły dla opinii publicznej „papier” okiełznania zarobków medyków.
Można zakładać, że również z powodu tego zapisu w kontrakcie prace MZ toczyły się jakby w dwóch tempach. Sama Jolanta Sobierańska-Grenda, prezentując na początku lipca „precyzyjne rekomendacje”, których zażądał od niej premier, mówiła na konferencji prasowej o ponad dwustu aktach prawnych, które resort przygotował i przeprowadził w ciągu roku jej urzędowania (tych aktów w lipcu jeszcze przybyło). Ustaw, co prawda, niezbyt wiele, ale za to ministerialnych rozporządzeń i aktów niższego rzędu – zatrzęsienie, co potwierdzają i dyrektorzy szpitali, i eksperci. Zwłaszcza od połowy czerwca nastąpiło w tej materii ogromne ożywienie.
Ale w kwestiach zasadniczych, systemowych silnik zapalał się, by zaraz zgasnąć. Powołanie (lipiec). Restart z wymianą kierownictwa (początek września). Pierwsze spotkanie z Komisją Zdrowia (koniec września). Spotkanie z Naczelną Radą Lekarską, podczas którego MZ wycofał się z zapowiadanych wcześniej zmian w kontraktach lekarskich (listopad). Ujawnienie „planu oszczędności” i rządowy szczyt zdrowotny (początek grudnia). Wniosek o wotum nieufności (marzec). No i najnowszy kryzys, którego twarzą ze strony rządu stał się premier, a nieobecność minister zdrowia dosłownie biła po oczach.
Nie można powiedzieć, były też sukcesy. Prezydent Karol Nawrocki podpisał dwie ustawy – szpitalną i legalizującą „pożyczkę” 4 mld zł z Funduszu Medycznego w ogromnym stopniu dzięki dobrej relacji minister zdrowia z głównym doradcą prezydenta ds. zdrowia, prof. Piotrem Czauderną. Ten ostatni mocno ważył i waży w publicznych wystąpieniach krytycyzm wobec polityki rządu z merytorycznym wsparciem dla przynajmniej niektórych pomysłów (bo o decyzjach raczej nie ma mowy) szefowej resortu zdrowia. Prezydent podpisał też ustawę o agregowaniu umów na PESEL i PWZ, ale tu – jak wynika z kuluarowych informacji – szefowa resortu zdrowia nawet nie musiała nikogo przekonywać. Pałac Prezydencki czyta sondaże opinii publicznej równie wnikliwie jak doradcy premiera i głowa państwa nie miała wątpliwości, jakiej decyzji oczekuje opinia publiczna (i jeszcze bardziej, jak mogłoby zostać wykorzystane ewentualne weto).
Całkiem dobrze Jolanta Sobierańska-Grenda przeszła też przez wotum nieufności. I nie chodzi o to, że Sejm ją obronił. To była „oczywista oczywistość”, natomiast minister zaprezentowała się podczas wielogodzinnego maratonu w Komisji Zdrowia i podczas debaty plenarnej zaskakująco korzystnie. Być może zadziałał też efekt świeżości – szefowa resortu zdrowia nie była w Sejmie przez rok częstym gościem (precyzując: nie odwiedzała Sejmu w ogóle). Inną sprawą jest to, że posłom opozycji nie zależało najwyraźniej na zawieszeniu poprzeczki zbyt wysoko, stąd pojawiające się teorie o taktycznym charakterze wotum nieufności, po którym premierowi bardzo trudno szybko zdymisjonować ministra, nawet jeśli wcześniej rozważał taką decyzję.
Programowy brak obecności minister zdrowia w Sejmie pociąga za sobą pytanie o podział obowiązków w resorcie i skutki tego podziału. Ministerstwo po rekonstrukcji straciło jednego podsekretarza stanu. We wrześniu ubiegłego roku media branżowe i eksperci, wczytując się w podział obowiązków, dostrzegali pewną nierównowagę, która w ciągu roku tylko się pogłębiała – olbrzymi zakres obowiązków (i uprawnień) dla Katarzyny Kęckiej. Pojawiały się spekulacje (wygasły bardzo szybko), że w przeciwieństwie do wielu poprzedników Sobierańska-Grenda weźmie część obowiązków jak w popularnym teleturnieju – „na siebie”. Nie byłby to precedens – jej poprzedniczka Izabela Leszczyna przez wiele miesięcy formalnie odpowiadała za większość spraw prowadzonych przez resort.
Po kilku miesiącach zaczęło być oczywiste, że to obciążenie – nie tyle dla samej wiceminister Kęckiej, co dla resortu. Zbyt dosłowne przekazanie kompetencji w zakresie choćby dialogu społecznego (czytaj – brak zaangażowania minister zdrowia w relacje z partnerami społecznymi) doprowadziło do faktycznego paraliżu i kilku mniejszych i większych skandali, ze zrywaniem rozmów w Trójstronnym Zespole ds. Ochrony Zdrowia czy apelem samorządu lekarskiego do premiera o zdymisjonowanie wiceminister Katarzyny Kęckiej przy okazji procedowania ustawy o „B1” (certyfikaty językowe dla lekarzy spoza UE). Ta sprawa zresztą, cały proces legislacyjny zakończony wetem prezydenta pokazuje jak w soczewce wszystkie rzeczywiste problemy resortu w ciągu ostatniego roku i powinna stać się przedmiotem głębokiej analizy.
W jeszcze większym stopniu Ministerstwo Zdrowia może się „wyłożyć” – wizerunkowo, politycznie, niestety przy okazji topiąc lub przynajmniej stawiając w sytuacji zagrożenia newralgiczny obszar systemu ochrony zdrowia – przy okazji reformy psychiatrii. Również zresztą nadzorowanej przez tę samą wiceminister. Mimo sygnałów ostrzegawczych, kierowanych przez ekspertów od wielu miesięcy, resort zdrowia i jego szefowa nie korygują wyznaczonego kursu.
Jesienią ubiegłego roku wydawało się przesądzone, że faktycznym oczkiem w głowie nie tylko nowej minister, ale całego resortu będzie proces konsolidacji – w końcu Jolanta Sobierańska-Grenda jest w tej dziedzinie ekspertem. Można jednak odnieść wrażenie, że nawet jeśli konsolidacja mocno powiewała na sztandarach, a szefowa resortu chętnie odwiedzała szpitale przygotowujące się czy zapowiadające konsolidację, kończyło się to wszystko na fasadzie. Z konkretów – miliard złotych z Funduszu Medycznego, który będzie dostępny zapewne dla szpitali, jak wszystko dobrze pójdzie, za kilkanaście miesięcy (nie ma nawet gwarancji, że wszystko uda się „dowieźć” przed wyborami 2027 roku). Co więcej, to program nie tyle konsolidacyjny, co wspierający kolejne inwestycje infrastrukturalne. Natomiast całkowitym fiaskiem skończyły się plany programu wsparcia dla szpitali w zakresie naprawy sytuacji finansowej. Ministerstwo Zdrowia wycofało się z zapowiedzi, nie mogąc w żaden sposób przekonać resortu finansów, że zapowiadany program „ma ręce i nogi”.
Jolanta Sobierańska-Grenda mówi, że ma kontrakt z premierem i dopóki on obowiązuje, nie odejdzie ze stanowiska. Można byłoby postawić pytanie, czy do owego kontraktu w ostatnich tygodniach wprowadzono jakiś aneks? A jeśli tak, to jaki?