Kto doprowadził finanse NFZ do ruiny? Na pewno nie rządząca koalicja, choćby dlatego, że w ciągu dziewięciu miesięcy jej rządów nie zapadały żadne decyzje przekładające się na finansowanie ochrony zdrowia. Za kryzys odpowiedzialność ponosi poprzedni rząd PiS, co nie przeszkadza politykom tej formacji z satysfakcją powtarzać oskarżeń pod adresem rządu Donalda Tuska.
Posiedzenie Rady Ministrów. Warszawa, 28 sierpnia 2024 r. Fot. KPRM
Największy brak zaskoczenia. Finanse ochrony zdrowia. Fakt, że w budżecie NFZ jest dziura na prawdopodobnie 7-9 mld zł, jest tak samo zaskakujący jak to, że po środzie na ogół następuje czwartek. Jeśli politycy – jakiejkolwiek formacji – czują się zaskoczeni, powinni głęboko przemyśleć swoje kompetencje w zakresie sprawowania funkcji publicznych. – W osiem miesięcy wszystko popsuli. Gdy rządziliśmy, były pieniądze, teraz NFZ jest bankrutem – utrzymują posłowie PiS, którzy dwa dni pierwszego po wakacjach posiedzenia Sejmu wykorzystali na „batożenie” rządzącej koalicji, a to za zapowiadane zmiany w systemie ochrony zdrowia, a to za trudną (dramatycznie trudną) sytuację finansową systemu.
Koalicja rządząca cięgi zbiera zasłużenie? Częściowo – jak najbardziej, bo przejmując władzę popełniła kardynalny błąd, nie sporządzając bilansu otwarcia w ochronie zdrowia i przez kilka miesięcy zdawała się naprawdę podzielać wiarę, czy to w dynamiczny wzrost nakładów na zdrowie, czy w to, że sytuacja systemu jest stabilna i może się, dzięki optymalizacji zarządzania, tylko poprawiać. Ani jeden, ani drugi przekaz, który słyszeliśmy „przez osiem ostatnich lat” nie polega na prawdzie, a system utrzymywany był we względnej stabilności tylko dzięki kreatywnej księgowości i rolowaniu zobowiązań. 10 mld zł, które nie trafiły w 2023 roku z budżetu państwa do NFZ (nowelizacja ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty z końca 2022 roku) oraz wykorzystanie niemal w całości funduszu rezerwowego (2023 rok), wraz z ogromnymi zobowiązaniami stałymi, wygenerowanymi przez ustawę o wynagrodzeniach minimalnych pracowników ochrony zdrowia, musiały obnażyć kryzys. I obnażyły.
Można powiedzieć, że rząd Donalda Tuska wpadł w zastawioną przez PiS pułapkę. Zapłaci za to polityczną cenę – i nie chodzi bynajmniej o zmianę na stanowisku ministra zdrowia, do której przecież wcale nie musi dojść, bo też nie ma przesadnie długiej kolejki chętnych, zwłaszcza w sytuacji, w której bardzo prawdopodobne (pewne) jest ogłoszenie ekstremalnie trudnych decyzji, na przykład o powrocie do limitowania części świadczeń czy redukcji płatności za nadwykonania, nie mówiąc o otwarciu dyskusji na temat ewentualnych zmian w ustawie o wynagrodzeniach minimalnych w kierunku odwrotnym do pożądanego przez pracowników. Politycy – na czele z premierem Donaldem Tuskiem, niestety – ciągle nie są bowiem gotowi do przyjęcia prawdy, że Polska wydaje na zdrowie po prostu o wiele za mało. Narracja o dziurawym wiadrze, przejadaniu pieniędzy etc. trzyma się mocno, wbrew logice i wbrew doświadczeniu. Polska nie ma patentu na wystarczająco dobry system ochrony zdrowia za 5,4 proc. PKB, gdy kraje (również ościenne), które takie systemy mają, wydają na nie 8-10 proc. swojego, na ogół wyższego, PKB. To jest fakt z kategorii oczywistych, pod którym podpisywali się eksperci obecnie rządzącej koalicji, gdy ta była jeszcze opozycją.
W komentarzach dotyczących działań rządu i ograniczeń, na jakie napotyka, często jako przykład wielkiego bałaganu i zepsucia państwa, które utrudnia, a wręcz uniemożliwia naprawę mechanizmów, podawany jest szeroko rozumiany wymiar sprawiedliwości oraz sądownictwo. Jednak, patrząc chłodnym okiem, obszar ochrony zdrowia, wraz z jego finansami, to po ośmiu latach rządów PiS wyzwanie niewiele ustępujące temu, z którym musi się mierzyć Adam Bodnar. Różnica jest taka, że ten obszar nie znajduje się w centrum uwagi.
Największe (mimo wszystko) zaskoczenie. Debata wokół porodówek. Proces likwidacji porodówek, jak tłumaczył minister zdrowia, będzie stale kontynuowany, a wpływ na to ma panujący w Polsce kryzys demograficzny. – Mamy, niestety, zmniejszającą się liczbę urodzin, mamy zmniejszający się udział w społeczeństwie dzieci, stąd siłą rzeczy oddziały położnicze czy oddziały pediatryczne będą się dostosowywały swoją wielkością, rozmiarem w skali kraju do tego, by odpowiadać na zapotrzebowanie – usłyszeli Polacy. (…) Wspomniał również o tym, że nie wszystkie oddziały ginekologiczno-położnicze cieszą się dobrą sławą i uznaniem ciężarnych Polek. Popularność danej porodówki przekłada się na jej ewentualne przetrwanie. Kobiety mają własne prawo wyboru, gdzie chcą rodzić. To nie minister zdrowia, to nie premier, to nie ktokolwiek inny decyduje o tym, gdzie kobieta będzie rodziła, tylko bezpośrednio decyduje kobieta. Mamy ośrodki, które charakteryzują się wysokim stopniem referencji, renomy, jeśli można tak powiedzieć, i to tam przede wszystkim chcą trafiać kobiety. (...) I są oddziały, niestety, które bądź nie spełniają wymogów jakościowych, bądź nie cieszą się popularnością z bardzo różnych powodów, i to „głosowanie nogami”, które robią kobiety, po prostu decyduje o tym, że takie oddziały nie są w stanie się utrzymać. I jeszcze: – Proszę pamiętać, że musi dojść do pewnego rodzaju porozumienia między sąsiednimi szpitalami, które czasem w granicach 10, 20 czy 30 kilometrów konkurują ze sobą oddziałem położniczym, a to nie jest po prostu zachowanie racjonalne.
To nie są wypowiedzi minister zdrowia Izabeli Leszczyny. To nie są wypowiedzi żadnego z jej zastępców. To fragment depeszy PAP z 11 lipca 2023 roku z cytatami ówczesnego ministra zdrowia Adama Niedzielskiego.
Gdy posłowie PiS rozdzierają w tej chwili szaty i grzmią o „koalicji likwidatorów” przygotowujących zamach na porodówki, gdy nad salą plenarną zawisa dramatyczne pytanie, czy zysk finansowy jest ważniejszy od piękna narodzin, można się tylko zastanawiać, na co liczą politycy formacji Jarosława Kaczyńskiego. Bo nawet jeśli założyć, że media mają w tej chwili bardzo krótką pamięć, zawsze pozostają wyszukiwarki i zasoby archiwalne agencji, rozgłośni, telewizji i dzienników oraz oficjalnych stron sejmowych i rządowych, gdzie ciągle przecież można znaleźć założenia zmian w szpitalnictwie, przez dwa lata forsowanych i na końcu wpisanych do KPO – przez rząd Mateusza Morawieckiego. Na pewno mogą liczyć na sporą nieudolność, a może po prostu brak wyobraźni politycznej obecnych decydentów. Bo naprawdę trudno zrozumieć, dlaczego minister zdrowia nie pokazała czarno na białym, jakie decyzje z poprzednich czterech lat zaowocowały redukcją oddziałów porodowych o blisko 70 i jak zaawansowane były – już w 2019 roku – przygotowania do planowego wygaszania kolejnych.
W listopadzie 2019 roku Marcelina Zawisza (Lewica) pisała w interpelacji do ministra zdrowia: „Na konferencji prasowej 21 listopada 2019 roku szef NFZ pan Adam Niedzielski wyszedł z propozycją zmian w zasadach kontraktowania usług oddziałów położniczych. Premiowane miałyby być oddziały większe odbierające ponad 400 porodów rocznie, wymieniono też kryterium rozmieszczenia. Prasa doniosła, że nowe warunki doprowadzą do zmian w finansowaniu dla ponad 70 porodówek, w tym ponad 50 nie będzie spełniało żadnego z warunków uzyskania projektowanej przez NFZ premii.
W związku z powyższym proszę o odpowiedź na następujące pytania:
- Które oddziały położnicze posiadające kontrakt z NFZ nie spełniają na dzień złożenia interpelacji wyżej wymienionego warunku 400 porodów rocznie?
- Jakie są projektowane warunki odnośnie do minimalnej odległości między oddziałami położniczymi umożliwiającej uzyskanie projektowanej przez NFZ premii?
- Które oddziały położnicze posiadające kontrakt z NFZ na dzień złożenia interpelacji nie spełniają wymogu, o którym mowa w pytaniu nr 2?”.
W grudniu 2019 roku wiceminister Janusz Cieszyński (obecnie poseł PiS, który jako pierwszy podniósł po opublikowaniu projektu ustawy alarm w sprawie planowanego zamykania oddziałów ginekologiczno-położniczych) w imieniu ministra odpowiadał: „Zgodnie z informacjami przekazanymi z Narodowego Funduszu Zdrowia za 2018 rok, 77 podmiotów leczniczych zrealizowało poniżej 400 porodów rocznie”. Jednocześnie na dwa dalsze pytania odpowiedzi udzielić nie mógł, bo brakowało zarządzeń prezesa Funduszu w sprawie kryterium geograficznego.
Nie była to jedyna interpelacja poselska w sprawie porodówek. Odpowiadając na kolejne, wiceministrowie Janusz Cieszyński i Waldemar Kraska odżegnywali się od sformułowania dotyczącego planów likwidacji oddziałów, zwłaszcza jeśli opozycja pytała o plany ministerialne (podkreślano, że ministerstwo nie ma żadnego tytułu prawnego do podejmowania takich decyzji, które należą do organów prowadzących – dokładnie to samo tłumaczy w tej chwili resort zdrowia). Jednak gdy na początku 2020 roku Barbara Dolniak skierowała do MZ interpelację w sprawie sytuacji szpitali, w której pierwsze z długiej listy pytań dotyczyło oddziałów ginekologiczno-położniczych („czy Ministerstwo Zdrowia zamierza podjąć kroki zmierzające do poprawy sytuacji oddziałów ginekologiczno-położniczych w Polsce, tak aby nie musiały być one zamykane? Jeśli tak, to w jakim terminie oraz jakie działania zostaną w tym zakresie podjęte? Jeśli nie, to dlaczego?”), sekretarz stanu Waldemar Kraska w sierpniu (opóźnienie spowodowane pandemią COVID-19) pisał: „Na wstępie należy zaznaczyć, że obecnie ani Ministerstwo Zdrowia, ani NFZ nie planują wprowadzać jakichkolwiek regulacji ograniczających liczbę oddziałów położniczych. W tym kontekście warto jednocześnie poinformować, że w opinii Konsultanta Krajowego w dziedzinie ginekologii i położnictwa małe doświadczenie zespołów przy niskiej liczbie porodów, nie zapewnia wymaganego poziomu i bezpieczeństwa dla rodzących kobiet i noworodków. Spośród 400 oddziałów położniczych w Polsce, ponad 70 nie spełnia kryterium ponad 400 porodów rocznie, co oznacza, że rodzi się tam mniej niż jedno dziecko dziennie, a w wielu tylko 2-3 tygodniowo. W NFZ we współpracy z Konsultantem Krajowym przeprowadzono analizy wpływu poprawy jakości i bezpieczeństwa wynikających z doświadczenia zespołów porodowych na dostępność geograficzną na poziomie poszczególnych regionów Polski. Z analizy tej wynika, że główną przyczyną niskiej liczby porodów w tych szpitalach jest wybieranie przez kobiety nie najbliższego szpitala, tylko oferującego najlepszą opiekę i bezpieczeństwo przy porodzie. Kobiety, mając swobodę wyboru i dostępne informacje, aktywnie korzystają z tej wiedzy, a odległość od miejsca zamieszkania, jeśli jest w granicy do kilkudziesięciu kilometrów, stanowi jedno z ostatnich kryteriów w trakcie jego dokonywania”.
Ponieważ podczas ubiegłotygodniowego posiedzenia Parlamentarnego Zespołu ds. Szpitali Samorządowych posłanki PiS (w zespole zasiadają wyłącznie przedstawiciele tego klubu) Katarzyna Sójka i Józefa Szczurek-Żelazko domagały się nazwisk osób, które „wymyśliły” kryterium 400 porodów, warto przypomnieć powyższe, dodając, że konsultantem krajowym w dziedzinie ginekologii i położnictwa był (od 2017 roku) prof. dr hab. n. med. Krzysztof Czajkowski.
Największy znak zapytania. Co dalej? Będzie nowy minister zdrowia czy nie będzie, oto jest pytanie. Jednak wcale nie najważniejsze. Najważniejsze brzmi: będą dodatkowe pieniądze dla zdrowia czy nie będą? Jeśli tak, to ile, jeśli nie, kto weźmie odpowiedzialność za chaos, jaki zapanuje w części placówek. Niepokojące jest to, że największe problemy ze spięciem budżetów mają oddziały Funduszu, w których występuje największe zagęszczenie podmiotów wysokospecjalistycznych. Jeśli na przykład w ośrodkach onkologicznych wystąpi paraliż, konsekwencje (zdrowotne dla pacjentów, polityczne dla rządu) są trudne do wyobrażenia.
Dokładnie za miesiąc rocznica wyborów, które zmieniły układ sił na scenie politycznej – i choć do rocznicy utworzenia rządu Tuska, a więc zapewne i zwyczajowych ocen dla członków jego gabinetu i samego premiera upłyną kolejne dwa, można się już w pierwszej połowie października spodziewać pierwszych podsumowań. Obszar zdrowia nie będzie zbierać laurów, to raczej pewne. Nawet jeśli nie wszystko przebiega źle.