Studium kryzysu

Małgorzata Solecka
Kurier MP

W ostatnim tygodniu głównym tematem skupiającym uwagę była i jest powódź w południowo-zachodniej Polsce. Kryzys w ochronie zdrowia dotyczy całego kraju i ma zaskakująco wiele punktów wspólnych z dramatem, jaki rozgrywa się w ostatnich dniach.


Premier Donald Tusk. Fot. KPRM, CC BY-NC-ND 2.0

  • Gdy dziś szef rządu siecze słowem pracowników IMGW, że chybili z prognozami co do stanu Odry, trudno nie skojarzyć tego z faktem, że mając informacje i prognozy ekspertów o wiele bardziej homogeniczne niż te pogodowe, nie potrafił przewidzieć, jakie problemy niesie ze sobą wyrwa szacowana na kilkanaście miliardów złotych
  • W czyim imieniu działały i na straży czyjego komfortu i bezpieczeństwa działały organy NFZ, gdy zapadały decyzje, których negatywne skutki – dla ubezpieczonych, pacjentów, dla obywateli – nie tylko można było przewidzieć, ale które wręcz przewidywano?
  • Patologiczną sytuacją było zgromadzenie w funduszu zapasowym ponad 20 mld zł, ale wcale niemniejszą patologią jest wyczyszczenie go niemal do ostatniego grosza

Największa porażka. Zdolność przewidywania. – Nie chcę przesadnie drążyć, ale wydaje mi się, że państwo nie jesteście w stanie – i to na bardzo krótkim odcinku czasu, i bez opadów – przewidzieć z precyzją do 10-20 cm stan wody, bo różnica jest solidna. Ponad 30 cm i jednak rósł – i po północy, i po drugiej, i nadal rośnie – czyli jest, powiem delikatnie, inaczej, niż sądziliśmy osiem godzin temu – nie krył w czwartek pretensji pod adresem IMGW premier Donald Tusk po wysłuchaniu raportu na temat wysokości fali przechodzącej przez Wrocław.

Media nieco kąśliwie, choć nie bez powodów, komentują w ostatnich dniach, że Tusk działa w schemacie „dobry car i źli bojarzy”, ale problem jest znacznie szerszy. Nie chodzi bynajmniej o zrzucanie odpowiedzialności, ale – o zdolność przewidywania właśnie. A konkretnie o to, że politykom nie wolno podejmować decyzji w oparciu o stwierdzenie: – Może nie będzie tak źle.

13 września Tusk mówił: Nie ma powodów do paniki. Panika nigdy nie jest dobrym wyjściem, ale w tym konkretnym przypadku szef rządu lepiej by zrobił, gdyby (nie panikując) dmuchnął zawczasu na zimne i wsłuchał się z równą uwagą we wszystkie głosy ekspertów, którzy prognozowali nawalne deszcze w południowej Polsce. Jeśli dziś szef rządu mówi, że prognozy były sprzeczne, przyznaje, że były i te bardziej pesymistyczne.

Nie o powódź jednak chodzi. Pod koniec czerwca zespół ekspertów przedstawił raport na temat sytuacji finansowej Narodowego Funduszu Zdrowia. Raport, który powinien się stać nie tylko motywem przewodnim dyskusji w komisjach sejmowych, ale też impulsem do szybkiej korekty decyzji w obszarze ochrony zdrowia. Przede wszystkim w jego finansowaniu. Nic takiego się nie wydarzyło, a wokół raportu zapanowała niemal kompletna cisza, by nie powiedzieć – zmowa milczenia. – Czy można przejść obojętnie wobec informacji, że w ciągu trzech lat w systemie ochrony zdrowia różnica między przychodami a kosztami sięgnie 160 mld zł? Czy można podejmować decyzje, które tę wyrwę jeszcze powiększą? W polityce niemożliwe, jak się okazuje, nie istnieje – pisaliśmy kilka dni po publikacji.

W połowie lipca apel do premiera w sprawie finansowania ochrony zdrowia wystosowało kilkadziesiąt organizacji pacjentów. Autorzy zwracali uwagę, gdyby chcieć wycisnąć podstawowy przekaz, na dysproporcje między poziomem finansowania zdrowia a tempem, w jakim rosną zobowiązania płacowe podmiotów leczniczych wobec pracowników. I wychodząc ze (słusznego skądinąd) założenia, że nawet spowolnienie tempa podwyżek będzie ryzykowną operacją, nie mówiąc na przykład o pomyśle zamrożenia płac, postulowali dyskusję o nowym schemacie podnoszenia poziomu wydatków na zdrowie, łącznie z ich przyspieszeniem. Dostosowaniem do tempa wzrostu kosztów. Apel został zignorowany (czyli przesłany do Ministerstwa Zdrowia).

Gdy dziś szef rządu siecze słowem pracowników IMGW, że chybili z prognozami co do stanu Odry, trudno nie skojarzyć tego z faktem, że mając informacje – trzeba ufać, że miał – i prognozy ekspertów o wiele bardziej homogeniczne niż te pogodowe, nie potrafił przewidzieć, jakie problemy niesie ze sobą wyrwa szacowana na kilkanaście miliardów złotych – bo tyle, wszystko na to wskazuje, realnie brakuje w systemie. Może nie kilkanaście, może to jest tylko 10 mld zł. Bez znaczenia, skoro tych pieniędzy nie ma i nie ma też realnych możliwości ich pozyskania.

Największy znak zapytania. W czyim imieniu? Szacowana wartość nadwykonań (również z uwzględnieniem świadczeń nielimitowanych, w przypadku których w ogóle trudno mówić przecież o nadwykonaniach) ma sięgnąć, według informacji, jakie przekazał członkom Rady NFZ prezes Filip Nowak, tylko w trzecim kwartale 2024 roku 5 mld zł. I na zapłatę za nie pieniędzy w tej chwili nie ma, a te, które są, wystarczą jedynie na częściowe sfinansowanie zobowiązań NFZ za pierwsze półrocze. O czwartym kwartale mowy nie ma, a przecież od października do grudnia potrzeby zdrowotne Polaków nie zmniejszają się…

– Ludzi nie obchodzi, że to PiS odpowiada za dziurę w finansach NFZ, ważne jest to, jak rząd sobie z tym problemem poradzi – taką opinię słyszałam w ostatnich dniach na tyle często, by zastanowić się, czy aby na pewno warto pytać o odpowiedzialność.

Zdecydowanie warto. Choćby dlatego, by w przyszłości niemożliwe były sytuacje, w których politycy forsują decyzje ewidentnie szkodliwe przy niemal zupełnym braku zrozumienia lub zainteresowaniu mediów i milczącej zgodzie (lub markowanym sprzeciwie) ekspertów, również tych, powołanych do stania na straży bezpieczeństwa finansów systemu. Dwa lata temu minister zdrowia (!) forsował projekt rządowy (!), który uszczuplał budżet Funduszu w sposób trwały o grube miliardy złotych. Adam Niedzielski zapewniał, że przesunięcie finansowania zadań z budżetu państwa do NFZ (bez dotacji przedmiotowej) ma charakter „porządkujący”. Pisaliśmy wówczas, jak komentował to ówczesny (i obecny) prezes NFZ: – Jeśli spojrzymy, jak rośnie plan, to widzimy, że jest przestrzeń finansowa do tego typu działań – mówił Filip Nowak (Forum Rynku Zdrowia, październik 2022 rok). A gdy prezes Naczelnej Rady Lekarskiej mówił o spodziewanych konsekwencjach faktycznego zabrania środków z budżetu płatnika, Nowak wyliczał, że „plan finansowy NFZ na 2022 rok przewidywał koszty świadczeń na poziomie 107 mld zł, a w tej chwili wiadomo, że będzie to minimum 129 mld zł, zaś założenia na 2023 rok mówią już o 136 mld zł”. – Tempo przyrostu środków wskazuje, że mamy rezerwy – zapewniał.

Rezerwy na 2023 rok, rzeczywiście, były. W funduszu zapasowym, który założono wydrenować tak, by pieniędzy w roku wyborczym (trzeba wierzyć, że była to tylko czasowa koincydencja) nie zabrakło. I nie zabrakło, ale eksperci przestrzegali, że zderzenie z rzeczywistością po nagłym (jednorazowym) wzroście nakładów będzie bolesne, bo będzie musiało oznaczać ograniczenie finansowania i tym samym – ograniczenie dostępności świadczeń. I ten scenariusz prezes Nowak również Radzie w ostatnich dniach przedstawił.

W czyim imieniu działały i na straży czyjego komfortu i bezpieczeństwa działały organy NFZ, gdy zapadały decyzje, których negatywne skutki – dla ubezpieczonych, pacjentów, dla obywateli – nie tylko można było przewidzieć, ale które wręcz przewidywano? Również w Funduszu. – Pomysł, by NFZ przejął finansowanie zadań, za które w tej chwili płaci budżet państwa, uważam za sprzeczny z interesem publicznym i interesem każdego pacjenta – mówiła nam w październiku 2022 roku, gdy ruszały prace nad projektem ustawy, dr Małgorzata Gałązka-Sobotka, wiceprzewodnicząca Rady NFZ, ekspert w dziedzinie zarządzania ochroną zdrowia. – Pomysł z obarczeniem NFZ dodatkowymi obowiązkami bez pokrycia kosztów ich realizacji stoi, w mojej ocenie, w całkowitej sprzeczności z dotychczas prowadzoną przez rządy Zjednoczonej Prawicy, polityką. Wydawało się przez siedem lat, że zdrowie nareszcie zostało docenione, że stopniowo rośnie poziom finansowania i jest szansa na kontynuowanie tego trendu, że będzie się – realnie – pojawiać coraz więcej pieniędzy w tym obszarze. Są one niezbędne, bo przed nami wyzwania związane ze starzeniem się społeczeństwa, długiem zdrowotnym, który pogłębił się w czasie pandemii i inflacją.

Największy (niestety) brak zaskoczenia. Skutki kataklizmu. – Budżet na opiekę zdrowotną na rok 2025, który został przedstawiony na Radzie Ministrów, jest rekordowy, jeżeli chodzi o wielkość, bo to są 222 miliardy złotych. Gdybyśmy z tego chcieli przeznaczyć do 17 proc. na refundację leków, to byłoby całkiem sporo. Niemniej jednak wiemy, że nie przeznaczymy pełnych 17 proc. na leki. Są ogromne potrzeby systemu, jeśli chodzi chociażby o wynagrodzenia – mówił w minionym tygodniu w rozmowie z „Rynkiem Zdrowia” wiceminister Marek Kos. To żadna nowość, budżet na refundację leków nie tylko nie sięga w ostatnich latach ustawowego maksimum, czyli 17 proc., ale wręcz spada. Brak ustawowego minimum każe się raczej zastanowić, jak daleko posuną się decydenci w poszukiwaniu pieniędzy, których w systemie tak dramatycznie brakuje. Wracamy do sytuacji, która była normą wiele lat temu, gdy to w wydatkach na leki poszukiwano środków na zapłatę świadczeniodawcom?

Fundusz zapasowy, to też jest informacja, która została przekazana Radzie NFZ, jest wydany niemal do ostatniego złotego, wolnych środków jest nieco ponad 100 mln zł. Teraz, być może, nawet już nie – przed Funduszem trudne zadanie zaprojektowania finansowania pomostowego dla placówek, które zdewastowała powódź (nikt nie rozważa przecież scenariusza, w którym choćby szpital w Nysie lub zatopione poradnie POZ, zostaną odcięte od bieżących płatności?) przy jednoczesnym sfinansowaniu świadczeń dla pacjentów – w innych poradniach. Mówimy o miesiącach całkowitego lub częściowego przestoju, choć oczywiście część podmiotów być może nie wznowi działalności.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że taki jest właśnie sens funkcjonowania w NFZ funduszu zapasowego. Patologiczną sytuacją (wynikającą z pandemii i paraliżu funkcjonowania świadczeniodawców w latach 2020-2021) było zgromadzenie w funduszu zapasowym ponad 20 mld zł, ale wcale niemniejszą patologią jest wyczyszczenie go niemal do ostatniego grosza. Fundusz zapasowy powinien gwarantować bezpieczeństwo w sytuacjach nadzwyczajnych. Podmiotom leczniczym i – przede wszystkim – pacjentom.

22.09.2024
Doradca Medyczny
  • Czy mój problem wymaga pilnej interwencji lekarskiej?
  • Czy i kiedy powinienem zgłosić się do lekarza?
  • Dokąd mam się udać?
+48

w dni powszednie od 8.00 do 18.00
Cena konsultacji 29 zł

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.
Poradnik świadomego pacjenta
  • Flebolog - czym się zajmuje, jakie choroby leczy?
    Flebolog to lekarz zajmujący się diagnostyką i leczeniem chorób żył. Zajmuje się m.in. żylakami, pajączkami naczyniowymi, zakrzepicą żył głębokich, obrzękami i przewlekłą niewydolnością żylną. Flebologia w Polsce nie jest osobną specjalizacją.
  • Ginekolog – czym się zajmuje, jakie choroby leczy
    Ginekolog to lekarz zajmujący się profilaktyką, diagnostyką i leczeniem chorób żeńskiego układu rozrodczego. Opiekuje się pacjentkami w każdym wieku – przeprowadza regularne badania kontrolne, pomaga w doborze metod antykoncepcji, diagnozuje przyczyny zaburzeń miesiączkowania oraz niepłodności, rozpoznaje i leczy choroby nowotworowe żeńskiego układu rozrodczego. Dba również o prawidłowy przebieg ciąży, porodu i połogu.