7 proc. PKB na zdrowie i miliardy złotych w budżecie to suche liczby, ale przekładają się na konkretne opóźnienia w leczeniu pacjentek i pacjentów – napisała w środę w mediach społecznościowych Marcelina Zawisza (Lewica), informując jednocześnie o problemach z kontraktowaniem świadczeń, również tych newralgicznych, dotyczących pacjentów onkologicznych i pediatrycznych, na czwarty kwartał.
Fot. Adobe Stock
- MZ w trybie awaryjnym próbuje znaleźć dla NFZ kolejne środki, m.in. z ograniczenia wydatków na inwestycje
- Luka finansowa tylko na Mazowszu przekracza 2,5 mld zł
- Za kilka dni rozpoczyna się czwarty kwartał, a szpitale – zwłaszcza specjalistyczne – ciągle nie mają umów z Funduszem
- Doświadczeni dyrektorzy, którzy pamiętają sytuację w ochronie zdrowia sprzed trzech dekad, oceniają, że nie dzieje się nic, czego by nie pamiętali z drugiej połowy lat 90.
- Choć uwaga wszystkich skupiona jest na szpitalach, również w AOS, a nawet POZ, mamy już problem z nieopłaconymi nadwykonaniami i koniecznością ograniczania dostępu do świadczeń
- Trudno nie zakładać, że MZ i NFZ nie użyją wszystkich dostępnych metod, by zmuszać szpitale do kontynuowania przyjęć, diagnozowania i leczenia pacjentów. Nawet, jeśli przewidują, że zapłacą im za to... zero złotych
Kryzys finansowy w ochronie zdrowia jest stanem permanentnym, ale ostatnie tygodnie zdecydowanie go wyostrzyły. Jakiś czas temu informowaliśmy, że szpitale w niektórych regionach – w tym na Mazowszu i Śląsku – mają podpisane kontrakty jedynie do końca trzeciego kwartału, do końca września. Zapytany przez nas o to wiceprezes NFZ Jakub Szulc potwierdził i przypomniał, że dyrektorzy oddziałów NFZ mogą działać jedynie w granicach planu finansowego. Jeśli nie mają pieniędzy, nie mogą ich – w nadziei, że pieniądze się znajdą – podzielić między szpitale.
Od tego czasu nastąpiła już jedna zmiana planu finansowego, ale sytuacja poprawiła się w niewielkim stopniu. Dlatego Ministerstwo Zdrowia w trybie awaryjnym próbuje znaleźć dla NFZ kolejne środki: w tym tygodniu portal Cowzdrowiu.pl poinformował, że minister zdrowia Izabela Leszczyna przesunie ok. 1,6 mld zł z budżetu MZ do Funduszu. Pieniądze, jak wynika z naszych informacji, mają pochodzić m.in. z jeszcze większego ograniczenia wydatków na inwestycje (jeszcze większego, bo już kilka miesięcy temu Leszczyna dokonała takiego przesunięcia, by Fundusz mógł rozliczyć ze szpitalami nadwykonania za pierwszy kwartał).
1,6 mld zł to jednak o wiele za mało. Z naszych informacji wynika, że luka finansowa tylko na Mazowszu przekracza 2,5 mld zł. Brakuje pieniędzy na przykład na zabezpieczenie finansowe umów ze szpitalami na cały grudzień. Nie ma ponad miliarda (!) złotych na zapłacenie szpitalom za już wykonane świadczenia nielimitowane, w tym leczenie dzieci i młodzieży do 18. roku życia oraz chorych onkologicznych (m.in. chemioterapia). Za kilka dni rozpoczyna się czwarty kwartał, a szpitale – zwłaszcza specjalistyczne, w których wykonywane są procedury nielimitowane, prowadzone jest leczenie w programach lekowych i skomplikowana diagnostyka – ciągle nie mają umów z Funduszem. I ciągle liczą, że ostateczne propozycje okażą się choć trochę mniej fatalne niż te, które leżą na stole.
– Na ostatni kwartał 2024 roku jeden z warszawskich szpitali otrzymał propozycję aneksu kontraktu, w którym okrągłe ZERO zł zaplanowano na diagnostykę onkologiczną dzieci w zakresie endokrynologii, onkologii i hematologii dziecięcej czy nefrologii. Czyli właściwie szpital taką diagnostykę prowadzi od października na własną odpowiedzialność, bez pewności, że ktoś za nią zapłaci, i bez pewności, kiedy za nią zapłaci – napisała Marcelina Zawisza, a podobne informacje docierają do nas również z innych szpitali, także tych największych.
Posłanka Lewicy szacuje, że w ochronie zdrowia brakuje 30 mld zł (gdybyśmy odrzucili metodę n-2, właśnie taka kwota powinna pojawić się na kontach NFZ). To prawda. Warto jednak sprostować ważną informację: 7 proc. PKB na zdrowie to byt wirtualny, określony w ustawie (z kłamliwą metodą) i do osiągnięcia w 2027 roku. Czy też – do nieosiągnięcia, przy tej metodzie. Realny odsetek PKB, jaki przeznaczymy w tym roku na zdrowie, oscyluje wokół 5,5 proc., co przy narzuconych sztywnych wydatkach (ustawa o minimalnym wynagrodzeniu pracowników ochrony zdrowia) i braku rezerw przekłada się właśnie na obecną sytuację.
Doświadczeni dyrektorzy, którzy pamiętają sytuację w ochronie zdrowia sprzed trzech dekad, oceniają, że nie dzieje się nic, czego by nie pamiętali z drugiej połowy lat 90.: wygaszanie oddziałów, mrożenie przyjęć pacjentów, markowanie działalności podmiotów leczniczych w czwartym kwartale było normą. Podobnie wyglądała sytuacja na początku XXI wieku, również wtedy ostatnie miesiące roku w ochronie zdrowia przypominały, z punktu widzenia pacjenta, rosyjską ruletkę: lepiej nie grać (nie chorować), bo można było się odbić od drzwi.
Tamte kryzysy nie miały wielkiej siły rażenia. Ten z lat 90. zakończył się zmianą systemową i odejściem od systemu budżetowego, ten z przełomu wieku – wywołany przede wszystkim (choć nie wyłącznie) drastycznie zaniżonym finansowaniem – unormował się, gdy Sejm podjął decyzję o stopniowym podnoszeniu składki. Pieniędzy nadal nie było w systemie dużo, ale wystarczająco, by nie dopuszczać do tak dużego zaognienia sytuacji.
Teraz może być jednak inaczej. Po pierwsze, zupełnie inna jest nośność informacji. Media społecznościowe nie pozostaną obojętne na żadną historię dotyczącą pacjenta onkologicznego, któremu przesunięto diagnostykę lub rozpoczęcie leczenia na początek roku z powodu braku umowy na konkretne świadczenie. Jeśli takich historii będą dziesiątki (setki, może tysiące?), zmienią się w falę powodziową, tylko o jeszcze większej sile rażenia. Porównanie nieprzypadkowe – w środę wieczorem rząd w Sejmie zdawał relację z działań w czasie powodzi. Premier oraz jego ministrowie zostali dość dobrze ocenieni przez komentatorów, również sondaże opinii publicznej są dla szefa rządu raczej korzystne. Jest jednak dowodem braku rozsądku ignorowanie faktu, że równolegle rozwija się, czy nawet już rozwinął, drugi kataklizm, o jeszcze większej sile rażenia (i wcale nie mniej spektakularny). Podobno zresztą premier już niebezpieczeństwo dostrzegł.
Druga przyczyna to zmiana realiów politycznych. Ochrona zdrowia zawsze była wykorzystywana jako oręż w walce, ale ćwierć wieku temu standardy uprawiania polityki były zupełnie inne – i tym, których błędy czy złe decyzje następcy musieli korygować i mierzyć się z ich skutkami, mieli w sobie więcej pokory. Dziś żadnych ograniczeń pod tym względem nie ma.
Trzecia, wcale nie mniej ważna, kwestia to realia, w jakich działają podmioty lecznicze. Duża część opieki ambulatoryjnej jest w prywatnych rękach i trudno sobie wyobrazić, by były w stanie kredytować płatnika przez kilka miesięcy na dużą skalę. A choć uwaga wszystkich skupiona jest na szpitalach, również w AOS, a nawet POZ, mamy już problem z nieopłaconymi nadwykonaniami i koniecznością ograniczania dostępu do świadczeń. Szpitale zaś, które są głównie publiczne, działają pod presją wyniku finansowego. Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz, minister funduszy i polityki regionalnej, stwierdziła w ostatnich dniach, że wstrzymywanie przyjęć pacjentów to „rzecz ogromnie niepokojąca”. – Rozumiem, że jest bardzo poważna troska Ministerstwa Zdrowia. Z mojej strony mogę powiedzieć, że mamy duże środki inwestycyjne w KPO (...) na infrastrukturę zdrowotną, na modernizację infrastruktury zdrowotnej, m.in. w szpitalach powiatowych – powiedziała.
Trudno jednak abstrahować od faktu, że celem KPO jest osiągnięcie stanu równowagi, między innymi finansowej, przez polski system ochrony zdrowia – temu mają służyć zmiany, jakie są w KPO zapisane. Tymczasem szpitale w tym samym czasie mają sięgać po środki europejskie i, dosłownie, walczyć o przetrwanie, bo przecież nie można mówić o balansie finansowym, jeśli nie ma żadnej pewności, czy płatnik ureguluje – a jeśli nawet tak, to kiedy i w jakim zakresie – swoje zobowiązania. Jednocześnie trudno nie zakładać, że Ministerstwo Zdrowia i NFZ nie użyją wszystkich dostępnych metod, by zmuszać szpitale do kontynuowania przyjęć, diagnozowania i leczenia pacjentów. Nawet, jeśli przewidują, że zapłacą im za to... zero złotych.