Ustawa podwyżkowa, którą wprowadzili nasi poprzednicy, kosztowała NFZ przez ostatnie trzy lata 80 miliardów złotych. Miała obowiązywać przez 3 lata. Jeśli dalej będzie obowiązywała w niezmienionej formule, szpitale zawsze będą miały kłopot – stwierdziła w poniedziałek na antenie publicznej telewizji minister zdrowia Izabela Leszczyna.
Minister zdrowia Izabela Leszczyna. Fot. twitter.com/MZ_GOV_PL
Rzeczywiście, artykuł 3 ustawy uchwalonej 8 czerwca 2017 roku brzmiał: „Do dnia 31 grudnia 2021 r. podmiot leczniczy dokonuje podwyższenia wynagrodzenia zasadniczego pracownika wykonującego zawód medyczny, którego wynagrodzenie zasadnicze jest niższe od najniższego wynagrodzenia zasadniczego, ustalonego jako iloczyn współczynnika pracy określonego w załączniku do ustawy i kwoty przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia brutto w gospodarce narodowej w roku poprzedzającym ustalenie, ogłoszonego przez Prezesa Głównego Urzędu Statystycznego w Dzienniku Urzędowym Rzeczypospolitej Polskiej «Monitor Polski»”. Ustawa miała więc, według planów ministra Konstantego Radziwiłła, działać przez cztery lata.
Problemem było jednak to, że ustawa była typową wydmuszką. Uchwalono przepisy, które rząd Beaty Szydło traktował jako realizację obietnic (w exposé premier mówiła wszak o godnych zarobkach w ochronie zdrowia), które jednak nie przyniosły najmniejszego przełomu – czego ewidentnym sygnałem był fakt, że szpitale nie miały najmniejszych problemów z ich realizacją, bo lwia część pracowników nie była objęta mechanizmem podwyżek.
Sytuację zmieniła – ale w sumie niewiele – nowelizacja z 2018 roku (już za czasów ministra Łukasza Szumowskiego), będąca pokłosiem porozumienia zawartego przez ministra z Porozumieniem Rezydentów. Młodych lekarzy co prawda ustawa nie dotyczyła bezpośrednio, bo ich wynagrodzenia ustalane są odrębnie, ale podwyżki dla tej grupy wymusiły zmiany w ustawie, które nadal jednak nie były satysfakcjonujące dla praktycznie żadnej grupy pracowników. Podwyżki były, ale – śladowe. Zrezygnowano jednak już na tym etapie z horyzontu końcówki 2021 roku jako etapu docelowego podwyżek.
Wszystko zmieniło się jesienią 2021 roku, po wielkim proteście pracowników medycznych i po kilkunastu miesiącach pandemii, która dla profesjonalistów medycznych oznaczała ogromne obciążenia i podwyższone ryzyko zawodowe, ale również – zdecydowanie wyższe zarobki (dodatki covidowe etc.). Porozumienie, jakie rząd zawarł ze stroną związkową (pracodawcy byli w tym przypadku sprowadzeni raczej do roli obserwatora) w Zespole Trójstronnym, zaowocowało nowelizacją ustawy, która przyniosła w połowie 2022 roku skokowe podwyżki. Ministerstwo Zdrowia mówiło o nich „historyczne” i „bezprecedensowe”, unikając odpowiedzi na podstawowe pytanie o źródła finansowania. Źródłem finansowania miał być wzrost nakładów na zdrowe. Skutki są znane i w tej chwili system zaczyna je boleśnie odczuwać, ale w skali mikro, na poziomie świadczeniodawców, dały się potężnie we znaki już w 2022 roku. Budżety szpitali się zachwiały i już wtedy było jasne, że ustawa będzie coraz większym obciążeniem systemowym, bo jej koszty się kumulują.
Warto też zaznaczyć, że konieczność zmian w ustawie o minimalnych wynagrodzeniach eksperci sygnalizowali nowemu rządowi już na początku 2024 roku, wtedy rekomendacje (m.in. ekonomistów FPP) zostały praktycznie zignorowane. Koalicja rządowa nie zrobiła w tej sprawie nic, choć pretekstem mogły być prace nad obywatelskim projektem nowelizacji złożonym przez pielęgniarki. Minister Izabela Leszczyna podczas wakacyjnego spotkania z samorządowcami i dyrektorami szpitali wykluczyła zamrożenie ustawy, resort zaprzecza też, że zamrożone zostaną prace nad projektem pielęgniarskim (niewykluczone, że w październiku ponownie zbierze się w tej sprawie specjalna podkomisja). Dzisiejsza wypowiedź Leszczyny i wcześniejsze sygnały płynące z MZ wskazują, że być może jednak temat zmian w ustawie, ograniczających jej koszty (a więc przeciwny do kierunku nowelizacji projektu obywatelskiego), rzeczywiście zostanie podjęty.