Kolejny tydzień i kolejna odsłona nie tyle dyskusji o finansowaniu ochrony zdrowia, co walki o to, by tego finansowania nie zmniejszać. Ta walka ma swoich antybohaterów. I swoje bohaterki.
Fot. Adobe Stock
Największy brak zaskoczenia. Polityka i pieniądze na zdrowie. – Od dziś bierze odpowiedzialność za dziesiątki tysięcy małych działalności, jak lokalny fryzjer czy sprzedawca warzyw, których zabija Polski Ład – mówił pod adresem Lewicy lider Polski 2050 Szymon Hołownia. Marszałek Sejmu i kandydat na prezydenta zarzucił koalicjantom „sabotowanie” ustawy, a jedna z jego partyjnych koleżanek posunęła się do stwierdzenia, że Lewica działa jak „piąta kolumna”.
Aż chciałoby się zaapelować do marszałka, drugiej osoby w państwie w porządku konstytucyjnym, by spróbował wylądować i porozmawiać o faktach. Bo jeśli mówi o dziesiątkach tysięcy drobnych przedsiębiorców, to warto zwrócić uwagę, że w ocenie skutków regulacji mowa jest blisko o 2,5 mln beneficjentów. I może ta luka między armią „lokalnych fryzjerów i sprzedawców warzyw”, dla których sto czy niespełna dwieście złotych miesięcznie różnicy w składce stanowi być albo nie być, a ogólną pulą beneficjentów jest problemem. Celem drugiego projektu rządowego w sprawie składki zdrowotnej nie była nigdy ochrona najmniejszych działalności gospodarczych przed skutkami Polskiego Ładu: to zrobiono jeszcze w ubiegłym roku. Być może wsparcie dla tej grupy jest za małe, a być może większe być nie może lub nie powinno. Takiej dyskusji jednak nie podjęto, przechodząc do kosztownej dla budżetu płatnika operacji niesienia ulgi niemal wszystkim przedsiębiorcom, kładąc na szali…
No właśnie, właściwie co? Przecież nie stabilność finansów ochrony zdrowia, bo tu kryzys przekracza owe kilka miliardów złotych. Politykom może się wydawać, że grają w „jengę”, próbując uszczknąć – bez konsekwencji – jakąś część wpływów do budżetu płatnika, ale nie zauważają (ta przywara dotyczy niemal wszystkich), że ta wieża już runęła (o ile w ogóle kiedyś stała) i jest, cóż za powrót frazy po dekadzie, „w ruinie”. Tak, finanse systemu ochrony zdrowia są w ruinie i rację mają eksperci, apelujący o nowe otwarcie debaty na temat konstrukcji finansowania tego obszaru. Dotychczasowy model był daleki od doskonałości, a teraz – za sprawą decyzji, jakie zapadały od 2017 roku – po prostu się wyczerpał.
Można powiedzieć, że politycy forsujący rządowy projekt położyli na szali wydolność systemu, wydolność płatnika. To właśnie powiedziała minister zdrowia, stwierdzając: „NFZ tego nie udźwignie”. Słowa Izabeli Leszczyny przewróciły stolik, przy którym gra o obniżenie składki wydawała się już zakończona – projekt na etapie prac w komisjach zyskiwał przygniatającą większość i uchwalenie ustawy wydawało się formalnością i nagle urosło do rangi ogromnego problemu, również politycznego. Trudno oprzeć się wrażeniu, że w Kancelarii Premiera i w gronie najbliższych (politycznych i merytorycznych) doradców premiera zapanowało wiosenne przesilenie (czas, kiedy myśli się wolniej, fakty kojarzy się z dużym opóźnieniem) i ktoś nie zauważył, że trwa kampania wyborcza, w której można sporo zyskać, ale jeszcze więcej stracić. Próbując zrealizować naprawdę niewielką obietnicę wyborczą z 2023 roku rząd – premier osobiście – zdaje się zresztą nie zauważać, że z rozmachem przekreśla znacznie większą, dotyczącą choćby częściowej poprawy dostępności świadczeń zdrowotnych. Ale to „szczegół”, i tak nikt nie traktował tej zapowiedzi dosłownie, ani ci, którzy obiecywali, ani ci, którzy tych obietnic słuchali.
Gdzieś w tle rozważań na temat politycznych konsekwencji zdarzeń z ostatnich dni pojawia się pytanie o pozycję i przyszłość w rządzie Izabeli Leszczyny. Wielu ekspertów, ale też polityków w mniej lub bardziej kuluarowych rozmowach przyznaje, że szefowa resortu zdrowia „zachowała się jak trzeba”. Co wcale nie oznacza, że otrzyma za to nagrodę.
Największy znak zapytania. Składka zdrowotna przedsiębiorców. Co dalej? Najprostszym sposobem uratowania tej ustawy byłoby wpisanie do niej precyzyjnego mechanizmu zrekompensowania ubytku z budżetu państwa. Takiego mechanizmu nie ma, co powoduje – jak ostrzegali eksperci – że jedynym punktem odniesienia dla ministra finansów pozostaje ustawa przychodowa i minimum niezbędne do osiągnięcia progu przewidzianego w ustawie przychodowej. Wydaje się jednak, że nie bez powodu rząd nie chciał dać tak twardych gwarancji rekompensowania ubytku, by w tej chwili je włączać do ustawy.
Pozostają więc negocjacje. Z „piątą kolumną”, czyli Lewicą w pierwszej kolejności, ale również z opozycją. W czasie kampanii wyborczej to działanie obarczone dużym ryzykiem nie tyle fiaska, co klęski, zwłaszcza że wszystkie znaki na ziemi i na niebie wskazują na zaistnienie porozumienia w tej sprawie już wcześniej. Tak, PiS i Konfederacja skoordynowały działania i dlatego na ostatniej prostej pojawiła się poprawka zwiększająca dwukrotnie koszty operacji obniżania składki. Oczywisty i zrozumiały brak zgody Ministerstwa Finansów stał się pretekstem do zmiany zdania nie tylko przez Konfederację, ale też PiS, co przełożyło się na utratę większości dla ustawy.
Najbardziej prawdopodobny scenariusz w tej sytuacji, czyli odłożenie ustawy „na potem”, też nie jest oczywiście pozbawiony ryzyka. Ale tak to jest, gdy nie tylko wchodzi się na pole minowe (pieniądze na zdrowie), ale zaczyna na nim harcować.
Godne uwagi. Marcelina Waleczna*. Komisja Zdrowia ma nową wiceprzewodniczącą. Joanna Wicha z Lewicy zastąpiła Marcelinę Zawiszę z partii Razem. Nie ma w tym nadzwyczajnego, przekonywały z uporem godnym lepszej sprawy posłanki Koalicji Obywatelskiej, wszak miejsca w prezydiach komisji sejmowych należą się klubom, a nie kołom, i Marcelina Zawisza, opuszczając klub Lewicy, sama przesądziła o swojej przyszłości. Przewodnicząca KZ wzięła na siebie nawet odpowiedzialność za to, że zmiana w prezydium dokonała się po kilku miesiącach, nie zaś niezwłocznie po odejściu posłów Razem z klubu.
Fakt, że Zawisza straciła stanowisko akurat w dniu, gdy połączone komisje miały decydować o losach rządowego projektu obniżającego składkę dla przedsiębiorców i wiadomo było, że posłanka powtórzy wniosek o odrzucenie projektu w całości, tłumaczono czasową koincydencją, zapewne słusznie. Nie ma potrzeby dopatrywać się drugiego dna, choć w warstwie symbolicznej wygląda to inaczej, a symbole w polityce odgrywają niemałą rolę.
Nie o symbole i daty tu jednak idzie. Marcelina Zawisza, odkąd pojawiła się w Sejmie (i w Komisji Zdrowia), czyli od 2019 roku, stanowiła i stanowi bodaj jej najmocniejszy punkt. I wtedy, gdy rządziło Prawo i Sprawiedliwość, i w obecnej kadencji godziła i godzi merytorykę, i polityczny temperament (rzadko spotykana u polityków umiejętność). Umiejętność dostrzegania problemu tam, gdzie wielu polityków go nie widzi i nazywanie rzeczy takimi, jakimi są (a nie, jakimi chcą je postrzegać polityczni liderzy), gotowość wspierania tych, których głos słyszany jest słabiej lub całkowicie pomijany, były wielokrotnie nagradzane, nazwisko posłanki pojawia się regularnie w zestawieniach i rankingach najbardziej wpływowych osób w ochronie zdrowia.
*Skojarzenie z obsypaną nagrodami produkcją Pixara z 2012 roku („Brave”, polski tytuł „Merida Waleczna”) absolutnie nieprzypadkowe.
Największe (mimo wszystko) zaskoczenie/wyzwanie. Błonica, choroby zakaźne i szczepienia ochronne. Drugi potwierdzony przypadek błonicy – można się było spodziewać. Na pewno bardziej niż informacji przekazywanych przez lokalne media. „Paweł Wróblewski, dyrektor Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej we Wrocławiu, przekazał (…), że POZ nie zawiadomił sanepidu o tym, że dziecko nie zostało zaszczepione przeciwko błonicy. Przychodnia będzie musiała wytłumaczyć się z tego podczas kontroli. – Przychodnia POZ nie zgłosiła sanepidowi, że dziecko nie zostało zaszczepione przeciwko błonicy, choć taka jest procedura. Z tego co wiemy, rodzice zarzekali się, że to nadrobią. Podobne deklaracji mieli składać już później, w szpitalu. Trudno dziwić się lekarzom, że ufają swoim pacjentom, tym bardziej, że dziewczynka miała zrealizowaną część obowiązkowych szczepień – mówi Paweł Wróblewski, dyrektor Powiatowej Stacji Sanitarno-Epidemiologicznej we Wrocławiu” – informowała w minionym tygodniu „Gazeta Wrocławska”.
Mamy zatem system szczepień oparty na „zarzekaniu”? O tym między innymi traktował ubiegłoroczny raport Najwyższej Izby Kontroli, w którym NIK zwracała uwagę, jak zawodne jest przekonanie, że poradnie POZ są wydolnym ogniwem stojącym na straży wysokiego poziomu zaszczepienia populacji dzieci i młodzieży, realizacji obowiązku szczepień, po prostu. Ogniwem, które – wersja minimum – terminowo i zgodnie z procedurami przekazuje informację na temat niewywiązywania się z tego obowiązku przez rodziców/opiekunów dziecka. Tego też będzie dotyczyć będąca ciągle w sferze zapowiedzi kontrola inspekcji sanitarnej (ostatnia wersja mówi, że pracownicy sanepidów zjawią się w poradniach w kwietniu, gdy sezon infekcyjny będzie już wygasać).
Informacje płynące z Wrocławia powinny zdopingować decydentów do jak najszybszego wdrożenia e-karty szczepień w zakresie PSO. Powinny też jednak dać asumpt do dyskusji o szczepieniach dorosłych, przyjmowaniu dawek przypominających podstawowych szczepień. Założenie, że o tej konieczności rutynowo wspominają wszyscy lekarze POZ, może być wyrazem nadmiernego optymizmu, zaś kropkę nad „i” w tej sprawie stawiają informacje „Gazety Wyborczej”, że profilaktykę poekspozycyjną błonicy musiał otrzymać personel oddziału zakaźnego, w tym lekarze, ze względu na brak udokumentowanych/zrealizowanych szczepień przypominających przeciw błonicy.