Polskę, jako państwo i społeczeństwo, cechuje niska skłonność do inwestowania, w tym w zdrowie. Brak inwestycji może rzucić naszą gospodarkę na kolana, brak inwestycji w zdrowie może rzucić na kolana i nas jako społeczeństwo, i naszą gospodarkę – mówiła podczas Europejskiego Kongresu Gospodarczego dr Małgorzata Gałązka-Sobotka, ekspertka w dziedzinie zarządzania ochroną zdrowia.
Fot. Stach Leszczyński / PAP
– Nakłady na zdrowie w Polsce są istotnie niższe niż w innych krajach Unii Europejskiej – przypominała dr Małgorzata Gałązka-Sobotka. W Polsce łącznie wydajemy 6,5 proc. rocznie, podczas gdy unijna średnia wydatków publicznych i prywatnych oscyluje wokół 10 proc. Problemem są też proporcje między wydatkami prywatnymi a publicznymi, w Polsce wydatki prywatne mają większy procentowy udział niż w większości krajów UE, w dodatku są to w olbrzymiej części płatności bezpośrednie (a nie na przykład prywatne ubezpieczenia). Ekspertka podkreśliła, że niechęć do inwestowania w zdrowie nie odbiega znacząco od ogólnie niskiego poziomu inwestycji, co może – jak podkreślała – mieć opłakane skutki zarówno w wymiarze ekonomicznym, społecznym jak i indywidualnym. – Mamy za mało skutecznych inwestycji w zdrowie. W efekcie istotnie krócej żyjemy, istotnie krócej żyjemy w zdrowiu, istotnie wcześniej wychodzimy z rynku pracy – wyliczała, dodając, że znacząca grupa Polaków kończy aktywność zawodową na kilka lat przed osiągnięciem wieku emerytalnego, który – zwłaszcza w przypadku Polek – należy do najniższych w Europie.
– Nie zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że na tle świata polski system należy do najbardziej efektywnych. W mojej ocenie wypadamy na „trójkę” – stwierdziła. Odpowiedzialność za ten stan rzeczy, jak mówiła, ponoszą w dużym stopniu politycy, którzy nie potrafią przekonać obywateli, że warto więcej inwestować w zdrowie, zarówno ze środków publicznych jak i prywatnych. Nie tworzą też ku temu warunków. – Zdrowie jest kapitałotwórcze – podkreślała dr Gałązka-Sobotka.
W jej ocenie, gdy już pojawiają się pieniądze, wybieramy „ślepe inwestycje”. – Teraz są środki z KPO. Wiele szpitali rozbudowuje potencjał, powstają nowe oddziały, kupowany jest nowy sprzęt. A na końcu płatnik powie, że ma ograniczone środki i nie może zakontraktować tylu świadczeń, ile by wynikało z tego nowego potencjału. Godzimy się jako państwo, by zasoby stworzone za środki publiczne pracowały w systemie publicznym np. na 60 proc. możliwości – mówiła, dodając, że kończy trzecią kadencję w Radzie NFZ z poczuciem frustracji i braku spełnienia. Wieloletnie praktyki doprowadziły do sytuacji, w której nawet wśród osób zawodowo związanych z ochroną zdrowia postulat podwyższenia składki zdrowotnej nie cieszy się poparciem ze względu na ograniczone zaufanie, że środki te zostaną właściwie – czyli sensownie, efektywnie – wykorzystane.
– Od ponad dwudziestu lat jesteśmy w stanie permanentnego kryzysu – przyznał wiceprezes NFZ Jakub Szulc. – Zarządzanie ciągłym niedoborem nie sprzyja wzrostowi efektywności – dodał. W jego ocenie sytuację komplikuje fakt, że z jednej strony pieniędzy w systemie publicznym jest skrajnie mało, z drugiej zaś – płatnik działa w warunkach suboptymalnych, bo musi realizować również takie decyzje, które nie zapadają w oparciu o merytoryczne racje. Szulc zwrócił uwagę na podstawowy problem – plan finansowy NFZ jest planem przychodowym, czyli koszty dopasowywane są do prognozowanych przychodów. Tworzenie planu nie zaczyna się od analizy potrzeb i oceny kosztów ich zaspakajania. Racjonalizacji i efektywności nie sprzyja też ubezwłasnowolnienie zarządzających podmiotami leczniczymi, którym w ostatnich latach sukcesywne odbierano kompetencje zarządcze – koronnym przykładem takich politycznych decyzji jest, jak mówił wiceprezes NFZ, ustawa o wynagrodzeniach minimalnych pracowników ochrony zdrowia. Szulc powtórzył to, co mówiła dr Gałązka-Sobotka. – Wydajemy ze środków publicznych ok. 5,3 proc. PKB. Jeśli chodzi o wydatki na zdrowie, jesteśmy wręcz najbiedniejszym krajem w UE. Trudno sobie wyobrazić ograniczenie gwarancji publicznych, jeśli chodzi o zakres opieki zdrowotnej, ale w ślad za tymi gwarancjami nie idzie finansowanie.
Czy można przełamać tę kwadraturę koła? Eksperci wskazywali na konieczność zmiany paradygmatu i postawienie na profilaktykę zdrowotną oraz edukację, która uświadomi obywatelom, że ich zdrowie jest przede wszystkim w ich rękach. – Jeszcze w latach 90. Polacy pytani, kto odpowiada za zdrowie obywateli, mówili, że oni sami. Potem zaczęło się to zmieniać i w tej chwili większość uważa, że odpowiedzialność ponosi państwo – mówiła dr Gałązka-Sobotka.
Edukacji muszą jednak towarzyszyć bodźce. Na przykład – bon zdrowotny o wartości 100-200 złotych, który otrzymywałyby osoby realizujące terminowo badania profilaktyczne. – Ten bon mógłby być przeznaczony na kolejne wydatki związane ze zdrowiem – zaznaczyła ekspertka. Inny pomysł to degresywna stawka składki zdrowotnej: 11 proc. dla wszystkich, ale dla osób wykonujących profilaktykę składka byłaby niższa np. o 1 punkt procentowy.
W ocenie Jakuba Szulca najpierw jednak trzeba zapanować nad systemem jako takim. – 27 lat temu państwo praktycznie zrezygnowało z zarządzania systemem, zwłaszcza zaś jego stroną podażową. Mamy mapy potrzeb, choć można dyskutować nad ich precyzją uwzględniającą same potrzeby, jak i choćby rozwój technologii, ale są. Brakuje map świadczeń, określających, co i gdzie, w jakich podmiotach, w jakich regionach płatnik ma kupować.
Brak racjonalnej polityki w skali makro rozwinął racjonalność w skali mikro – zarządzający podmiotami zaczęli działać tak, by maksymalizować przychody przy jednoczesnym dążeniu do redukowania kosztów. To jedna z przyczyn tak nieracjonalnych systemowo zjawisk, jak np. możliwość hospitalizacji każdego niemal pacjenta w szpitalach o najwyższym stopniu referencyjności czy tzw. hospitalizacje diagnostyczne. – Nie ma drugiego takiego kraju, w którym pacjent otrzymuje od razu leczenie w szpitalu klinicznym, bez próby rozwiązania jego problemów na niższych szczeblach systemu – przyznawali zgodnie eksperci.