1 lipca 2025 roku podwyżki dla pracowników wejdą w życie w takim kształcie, w jakim obowiązuje ustawa. Jak odbije się to na stabilności finansów systemu i szpitali, jeszcze nie wiadomo. Wiadomo natomiast, że ewentualna zmiana ustawy nie będzie łatwa i choć minister zdrowia przyznaje, że wymaga ona poprawek, wcale nie oznacza to, że poprawiony w niej zostanie choć przecinek.
Konferencja prasowa dotycząca programu Moje Zdrowie. Fot. MZ
Największe (mimo wszystko) zaskoczenie. Wynagrodzenia minimalne. 9 czerwca odbędzie się spotkanie Zespołu trójstronnego ds. ochrony zdrowia poświęcone ustawie o wynagrodzeniach minimalnych. Wiadomość ta rozgrzała do czerwoności część mediów branżowych, mimo że informacja o samym spotkaniu krążyła już od pewnego czasu, co więcej – można się było spodziewać, że temat wróci po wyborach prezydenckich, więc trudno mówić o jakiejkolwiek niespodziance. W tej chwili jedyną niewiadomą jest wybór wariantu zmian w wycenach świadczeń, którego dokona minister zdrowia. Wiele wskazuje, że nie będzie to wariant maksymalny, ale jeszcze nic nie jest do końca przesądzone.
Niespodzianką są natomiast pewne pojawiające się w doniesieniach wątki, rozwiewanie znaków zapytania, czy efekty spotkania przełożą się na tegoroczną „edycję” podwyżek itd. Mniej więcej od lutego wiadomo, że się nie przełożą, bo wymagałyby zmiany ustawy, a tego w mniej niż trzy miesiące (i to przy naprawdę ogromnej jednomyślności i determinacji po stronie decydentów) zrobić by się nie dało, a wiele wskazuje, że choć nowelizacja wydaje się konieczna, jej przeprowadzenie może okazać się niemożliwe. Wystarczy uważnie wsłuchać się w to, co odpowiadając na pytania dziennikarzy mówiła w minionym tygodniu minister zdrowia. – Zespół trójstronny zwrócił się do nas z prośbą, aby 9 czerwca rozmawiać o ustawie. To nie znaczy, że minister zdrowia zapowiedział zmiany w tej ustawie – stwierdziła Izabela Leszczyna. Potwierdzając to, o czym piszemy w „Studium kryzysu” od tygodni, wręcz od miesięcy: Ministerstwo Zdrowia, uświadamiane konsekwentnie przez NFZ, zdaje sobie sprawę, że ustawa ma zabójcze skutki dla finansów systemu ochrony zdrowia, ważną rolę w uświadamianiu tego stanu rzeczy ma również resort finansów, jednak nie jest w stanie wypracować własnej propozycji i położyć jej na stole, czego oczekiwaliby partnerzy społeczni.
9 czerwca przedstawiciele kierownictwa ministerstwa wystąpią więc prawdopodobnie po raz kolejny w roli obserwatorów, by wysłuchać, co ma do powiedzenia strona społeczna. A ta, choć wspólnie wystąpiła o spotkanie, nie jest jednością. Organizacje pracodawców chciałyby zmian radykalnych (wygaszenie ustawy, zamrożenie waloryzacji) lub przynajmniej znaczących (zmiana kwoty bazowej, korekta mechanizmu podwyżek w kierunku ich waloryzacji o wskaźnik inflacji czy wprowadzenie siatki wynagrodzeń maksymalnych). Organizacje reprezentujące pracowników, jak można łatwo zgadnąć, z takim podejściem się nie zgadzają. Ale i w tej grupie są podziały. Lekarze mówią o minimum trzech średnich krajowych dla specjalistów i takich zmianach, na których pracownicy nie stracą. Pozostałe grupy zawodowe mogłyby się podpisać pod postulatem pracodawców w sprawie wynagrodzeń maksymalnych, bo wprowadzenie tego rozwiązania – jak zakładają – dotyczy przede wszystkim albo wyłącznie lekarzy. Oczekiwania związków zawodowych, gdyby miały być zrealizowane, raczej powiększyłyby, niż zmniejszyły koszty realizacji ustawy.
Przygotowanie nowej wersji ustawy podwyżkowej, która nie uruchomi protestów, może okazać się zadaniem o wiele trudniejszym, niż pilotowanie ustawy szpitalnej (ta jest na czwartym rządowym okrążeniu i nie wiadomo, czy i kiedy wyląduje).
Największy znak zapytania. Co z tą agresją? Nie ma gotowości, patrząc po reakcji Rzecznika Praw Pacjenta i komentarzach prawników zajmujących się tematyką ochrony zdrowia, do prac nad pomysłem rejestrowania przypadków agresji w ochronie zdrowia. „Medyczna niebieska karta” pozostanie więc w sferze niezrealizowanych koncepcji, choć argumenty wysuwane przeciw niej stosunkowo łatwo byłoby obalić, a przynajmniej – wyraźne osłabić. Na przykład pytanie o możliwość umieszczania w rejestrze agresywnych profesjonalistów medycznych (lekarzy, ratowników etc.). Gdyby przyjąć rozszerzającą koncepcję, którą zaprezentował w rozmowie z nami dr Tadeusz Jędrzejczyk, rejestr nie byłby zarezerwowany wyłącznie dla pacjentów, a z jego istnienia korzyść (prewencję agresji) odnosiliby również urzędnicy czy nauczyciele (bo o te obszary również troszczą się krytycy pomysłu). Pomijając już to, że dzięki ustawie o prawach pacjenta, jeśli pacjent dozna aktu agresji ze strony pracownika podmiotu leczniczego, cały wachlarz możliwości ma w ręku nie kto inny, jak RPP.
Rzecznik Praw Pacjenta rekomenduje, by walczyć z agresją przez zatrzymywanie hejtu i politykę zero tolerancji ze strony organów ścigania. W minionych dniach swoimi historiami dzieliło się wielu mniej lub bardziej rozpoznawalnych lekarzy, którzy zwłaszcza w czasie pandemii byli obiektem ataków, w tym ataków niemal fizycznych, których wizerunek bez ich zgody umieszczano w internecie, których dane osobowe, adresy zamieszkania i numery telefonów z dnia na dzień stały się własnością hejterów. Nie musieli angażować się w promowanie szczepień, wystarczyła praca w szpitalu covidowym. Lekarze próbując zgłosić przestępstwo słyszeli, że powinni skierować prywatny akt oskarżenia. Być może podejście policji i prokuratury w tej chwili będzie (jest) inne – czas pokaże, na jak długo.
Największe wyzwanie. Program „Moje zdrowie”. Czy nowy program, jak zapowiada minister Izabela Leszczyna, stanie się „systemowym programem profilaktycznym z prawdziwego zdarzenia”? Prezentacja „Mojego zdrowia” w minionym tygodniu wypadła okazale, natomiast gdy spojrzeć przez lupę, widać pewne, mniejsze lub większe, pęknięcia. I nie, nie chodzi wcale o listę badań i o to, które jeszcze powinny się w takim programie znaleźć.
Lekarze mają nadzieję, że program wzmocni POZ, ale jednocześnie boją się scenariusza odwrotnego. Z powodów kadrowych i infrastrukturalnych. Na pierwszy ogień poszło pytanie o to, kiedy przyjmować osoby z programu, gdy – zwłaszcza w sezonie infekcyjnym – poradnie POZ dosłownie pękają w szwach przez dziesięć godzin pracy. Minister podpowiada rozwiązanie prowadzące do możliwości wydłużenia godzin pracy poza 18.00. W pierwszych reakcjach widać sporą nieufność, duża część komentujących lekarzy obawia się, że to pierwszy krok, że zmiana zapisu dotyczącego godzin pracy na „minimum do 18.00”, co pozostawia decyzję w rękach zarządzającego poradnią, szybko zmieni się na (na przykład) „minimum do 20.00”. A korzystać z dodatkowych godzin nie będą mogli tylko zainteresowani profilaktyką, ale wszyscy. Ta nieufność wobec intencji regulatora jest oparta na doświadczeniu, więc trudno ją pomijać, lekceważyć czy nawet – oceniać.
Na pewno dobrze należy ocenić natomiast deklaracje ze strony NFZ dotyczące finansowania programu. Choć na razie zabezpieczono środki na ok. 600 tysięcy osób (do końca 2025 roku), a w kolejnym roku płatnik nie zakłada progresu, czyli planuje, że w całym roku z programu skorzysta nieco ponad 1,2 miliona, gdyby się okazało, że gotowość do poddania się badaniom profilaktycznym jest większa, pieniądze – jak zapewniał prezes Filip Nowak – na pewno się na ten cel znajdą. Pytanie zasadnicze, czy będą chętni i na ile pomoże objęcie bilansem zdrowia wszystkich dorosłych.
Gdy w 2022 roku Komisja Zdrowia pochyliła się nad raportem NIK o profilaktyce zdrowotnej dzieci i młodzieży, w tym bilansach zdrowia, okazało się, że bilanse te wykonywane są u 60 proc. dzieci. O ile w pierwszych dwóch latach lwia część rodziców rzeczywiście pilnuje obowiązkowych (!) bilansów, u starszych dzieci – już w wieku 4 lat – pojawiają się istotne luki. Ich skala jest na tyle duża, że badanie stężenia cholesterolu (profilaktyka hipercholesterolemii rodzinnej) włączono do bilansu sześciolatka, choć mogłoby być wykonane wcześniej. Przy przyjęciu dziecka do szkoły wymagany jest aktualny bilans, więc rodzice (na chwilę) znów sobie przypominają, że bilanse zdrowia dzieci są… obowiązkowe. Receptą miała być cyfryzacja bilansów zdrowia dzieci, zapowiadana na 2023 rok. Punkt wyjścia, jaki przyjęło Ministerstwo Zdrowia, czyli „wszyscy rodzice dbają o bilanse zdrowia dzieci, a po 19. roku życia zostajemy pozostawieni sami sobie” nie odpowiada stanowi faktycznemu, i być może należałoby jednak wrócić do tematu bilansów zdrowia dzieci i młodzieży i – co najmniej równolegle – ten obszar uporządkować.
Największy (niestety) brak zaskoczenia. Edukacja zdrowotna. Nie ma (nie będzie) profilaktyki bez edukacji zdrowotnej – to fakt, nie opinia. Trudno byłoby zliczyć, ile razy mówili o tym na przestrzeni tylko ostatnich miesięcy eksperci, lekarze różnych specjalizacji. Nie odnotujemy progresu w obszarze zdrowia publicznego, dobrostanu społeczeństwa, jeśli nie zaczniemy edukacji od podstaw, czyli od dzieci szkolnych a nawet przedszkolnych, bo jeszcze w tym wieku można kształtować lub korygować nawyki i postawy. Tym bardziej dziwi, może nawet szokuje, list Prezydium Episkopatu Polski, w którym biskupi nie tylko sprzeciwiają się wprowadzeniu do szkół przedmiotu Edukacja zdrowotna, ale wręcz ostro przywołują rodziców-katolików do porządku: „Nie wolno Wam!”, apelując by nie zgadzali się na uczestnictwo dzieci w „demoralizujących zajęciach”. List koncentruje się wokół tematu rzekomego zagrożenia seksualizacją oraz podważania istnienia dwóch płci.
Na list zareagowali przedstawiciele rządu, publicyści (Tomasz Terlikowski, przez lata uchodzący za niezwykle konserwatywnego katolika, napisał wprost, że wstydzi się za biskupów) i eksperci. Donośnie wybrzmiał głos Błażeja Kmieciaka, byłego przewodniczącego państwowej komisji, powołanej do walki z pedofilią, która w założeniach miała się zajmować również przypadkami pedofilii i ich tuszowania w Kościele katolickim. Ekspert pytał m.in., dlaczego autorzy listu mijają się z prawdą, na przykład wskazując, że edukacja zdrowotna będzie „od najmłodszych lat” czy że wątek dotyczący seksualności zdominuje program. Pytał, dlaczego biskupi milczą o dziecięcych dramatach, przemocy i krzywdzie, która dotyka je również w rodzinach. – Drodzy bracia biskupi. Nie jesteście rodzicami. Nie macie dzieci. Żaden z was nie jest ani pedagogiem, ani psychologiem. Dlaczego zatem wypowiadacie się tak arbitralnie na temat, który jest poza Waszą merytoryczną kompetencją? Czy nie obrazicie się jeśli kiedyś i my do Was napiszemy np. list o tym, jak porządnym biskupem być? – zwrócił się do podpisanych pod listem hierarchów.