Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy nie odstępuje od postulatu trzech średnich krajowych dla specjalistów zatrudnionych na etacie. W piątek podczas konferencji prasowej lekarze przedstawili wyliczenia, że pensja ok. 24 tys. zł brutto oznaczałaby, że lekarz pracujący w pełnym wymiarze czasu pracy za godzinę otrzymywałby nieco ponad 90 zł netto.

Fot. Małgorzata Solecka / Kurier MP
W przeliczeniu na pacjenta, zakładając, że w ciągu godziny lekarz konsultuje cztery osoby, to 23,5 zł. – To na pewno nie są wygórowane stawki – podkreślali lekarze. Grażyna Cebula-Kubat, przewodnicząca OZZL, tłumaczyła dziennikarzom, że wyliczenia dotyczą wyłącznie pensji podstawowej, a jeśli z danych AOTMiT wynika, że mediana zarobków lekarzy etatowych oscyluje wokół 22 tys. zł, kwota ta uwzględnia pochodne (np. dodatki za wysługę lat, premie), a także wynagrodzenie za dyżury.
Lekarze ostrzegają, że jeśli wynagrodzenia specjalistów zatrudnionych na etatach nie wzrosną, odbije się to fatalnie i na pacjentach, i na systemie. Po pierwsze dlatego, że nie będzie miał kto szkolić młodych lekarzy. Już w tej chwili, jak mówiła przewodnicząca OZZL, kierownicy specjalizacji mają pod opieką trzech rezydentów, a w psychiatrii konsultant krajowy wyraził zgodę nawet na czterech specjalizantów. To musi się odbić – i jak twierdzi Porozumienie Rezydentów OZZL już się odbija – na jakości kształcenia specjalizacyjnego, ale też na ilości czasu, jaki specjaliści mogą poświęcić pracy z pacjentami.
Problemem jest również to, że młodzi lekarze, kończąc specjalizację, wcale nie garną się do pracy w szpitalach. Nie zachęcają ich do tego również warunki, proponowane przez dyrektorów szpitali. Grażyna Cebula-Kubat powtórzyła to, co mówiła na początku czerwca podczas posiedzenia Podkomisji ds. organizacji ochrony zdrowia – nie należą do rzadkości przypadki, gdy lekarzowi, sygnalizującemu chęć podjęcia (kontynuowania) pracy w szpitalu na umowę o pracę dyrektorzy proponują wyłącznie przejście na kontrakt.
Lekarze sprzeciwiają się też twierdzeniu, że to płace personelu medycznego „zabijają” system ochrony zdrowia. – To lekarze leczą pacjentów. Nie sprzęt, nie mury i nie dyrektorzy szpitali – podkreślali, dodając, że jeśli mówi się, że pieniądze mają być przeznaczane na „leczenie i procedury”, to oznacza w ogromnej części właśnie pracę profesjonalistów medycznych, przede wszystkim (choć oczywiście nie wyłącznie) lekarzy. Apelowali, by nie zapominać, że wydatki na zdrowie w Polsce należą do najniższych w Unii Europejskiej. – Wydajemy 4,8–5,2 proc. PKB, przy średniej unijnej przekraczającej 8 proc. – zwracała uwagę Grażyna Cebula-Kubat. Według ostatnich danych OECD i Komisji Europejskiej średnie publiczne wydatki na zdrowie w UE sięgają już blisko 9 proc., a 8 proc. wydają nasi południowi sąsiedzi, Czechy (oraz między innymi Słowenia), zaś polskie wydatki publiczne nie przekraczają 5 proc. PKB. – To niedofinansowanie ochrony zdrowia zabija system, nie płace personelu – mówili lekarze, zwracając również uwagę na brak zmian systemowych, reformy szpitalnictwa czy weryfikacji wycen oraz koszyka świadczeń gwarantowanych.
Przypominali również, że choć od kwietniowej tragedii w krakowskim szpitalu i zakończonym śmiercią lekarza ataku pacjenta politycy dużo mówią o konieczności zapewnienia medykom bezpieczeństwa, niewiele się wydarzyło, natomiast z całą pewnością kontynuowana jest narracja o niebotycznych zarobkach personelu medycznego, zwłaszcza lekarzy, w dodatku z coraz mocniejszym akcentowaniem, że odbywa się to kosztem pacjentów. OZZL przestrzega, że w ten sposób politycy przykładają rękę do nakręcania fali hejtu, która prowadzi, a na pewno może prowadzić, do aktów przemocy.
Czy postulat zwiększenia wynagrodzeń specjalistów zatrudnionych na etatach ma szanse powodzenia? Podczas posiedzenia podkomisji ds. organizacji ochrony zdrowia posłowie zarówno rządzącej koalicji, jak i opozycji przyznawali, że zapisana w tej chwili w tabeli różnica między współczynnikami pracy pierwszej i drugiej grupy (lekarze specjaliści, pielęgniarki z tytułem magistra i specjalizacją) jest zbyt mała. Niewykluczone, że w trakcie prac nad nowelizacją ustawy byłaby gotowość do wprowadzenia jakiejś korekty. Z drugiej strony kontekst nie sprzyja decyzjom, podwyższającym „tabelaryczne” wynagrodzenia: premier Donald Tusk wprost zapowiedział przesunięcie akcentu w adresowaniu środków kierowanych na zdrowie (mają być właśnie „na leczenie”, nie na wzrost wynagrodzeń), ukazał się też miażdżący raport NIK na temat sytuacji finansowej ochrony zdrowia, jednoznacznie wskazujący na skalę obciążeń, wygenerowanych przez decyzje rządu i parlamentu w roku 2022 (nowelizacja ustawy o wynagrodzeniach minimalnych oraz nowelizacja ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty), które zaburzyły równowagę między tempem wzrostu przychodów i kosztów systemu. Te pierwsze w latach 2021–2024 wrosły o nieco ponad 8 proc., te drugie – o ponad 30 proc. To zaś odbija się na dostępności świadczeń, bo NFZ nie jest w stanie utrzymać tempa zakupu takiej liczby, która odpowiada potrzebom zdrowotnym.