Nadchodzi „sądny dzień” dla ustawy o wynagrodzeniach w zdrowiu. Najpierw w południe minister zdrowia i szefowie NFZ i AOTMiT poinformują o wariancie, w jakim realizowane będą podwyżki w tym roku. Dwie godziny później odbędzie się rozmowa z partnerami społecznymi o przyszłości ustawy podwyżkowej. PR OZZL przestrzega: nie zgodzimy się na zamrożenie waloryzacji płac.
Fot. Adobe Stock / meeboonstudio
Tegoroczne podwyżki wchodzą w życie 1 lipca, ale Ministerstwo Zdrowa do tej pory nie poinformowało, ile pieniędzy NFZ przekaże podmiotom leczniczym na pokrycie wyższych kosztów. Wiadomo, że będzie to więcej, niż AOTMiT wyliczył w wariancie minimalnym (9,1 mld zł w skali roku), natomiast raczej na pewno nie wystarczy pieniędzy by, jak w poprzednich latach, sfinansować wariant maksymalny. Z nieoficjalnych informacji wynika, że MZ położy na stole 6,5-7 mld zł (na ten rok).
Jednak wbrew obawom i spekulacjom nagłaśnianym w ostatnich dniach podwyżki tegoroczne nie zostaną ani „odwołane”, ani „zamrożone” na kilka miesięcy – zostaną zrealizowane, choć trudno w tej chwili oszacować koszt, jaki (bez rekompensaty, przynajmniej z góry zadeklarowanej) poniosą z tego tytułu szpitale. Ministerstwo Zdrowia być może kalkuluje, że pieniądze, które szpitale będą musiały wydać na wyższe wynagrodzenia dla medyków, wrócą do nich w postaci wyższej rekompensaty z tytułu nadwykonań świadczeń limitowanych w pierwszym kwartale 2026 roku (o ile oczywiście będą nadwykonania i będą pieniądze na ich sfinansowanie).
Jeszcze więcej pytań dotyczy przyszłości ustawy o wynagrodzeniach minimalnych. Również w środę podczas posiedzenia Prezydium Zespołu Trójstronnego ds. Ochrony Zdrowia ma się odbyć dyskusja na ten temat. Od kilku tygodni wiadomo, że swoje propozycje ma przedstawić Ministerstwo Zdrowia, w ostatnich dniach Izabela Leszczyna podniosła jednak poprzeczkę, twierdząc, że partnerom społecznym przekaże stanowisko rządu w sprawie wynagrodzeń. Po zapowiedziach premiera wiadomo, że wydatki na wzrost wynagrodzeń mają wyhamować – pytanie tylko, jak gwałtowne będzie to hamowanie.
We wtorek konferencję w sprawie ustawy o wynagrodzeniach minimalnych zorganizowało Porozumienie Rezydentów OZZL. Młodzi lekarze postawili sobie za cel obalić forsowaną przez niektórych polityków (i lansowaną w mediach) tezę, że ustawa o minimalnych wynagrodzeniach dobija system i budżety szpitali, bo – jak podano w przywołanych tytułach materiałów prasowych – wynagrodzenia medyków pochłaniają 80 proc. środków lecznic. – W jednym ze znalezionych przez nas artykułów informowano nawet, że 80 proc. budżetów szpitali na Dolnym Śląsku pochłaniają wynagrodzenia lekarzy – zwracał uwagę Władysław Krajewski, wiceprzewodniczący PR OZZL.
Z danych przekazanych rezydentom przez kilkaset szpitali wszystkich poziomów zabezpieczenia wynika jednak, że tylko w przypadku kilku szpitali rzeczywiście wynagrodzenia stanowią więcej niż 80 proc. budżetu. Więcej szpitali mieści się w przedziale 70-80 proc. (co już stanowi duży problem), a znacząca grupa – w widełkach 60-70 proc. (eksperci oceniają, że jeśli wynagrodzenia pochłaniają więcej niż 60-65 proc. budżetu, szpital łatwo może stracić płynność finansową i można mówić o problemie strukturalnym).
Rezydenci wyliczyli, że średnie obciążenie budżetów szpitali (tej grupy, która przekazała dane) oscyluje wokół 55 proc. i przywołali przykłady USA, Singapuru oraz Niemiec, gdzie odsetek wynagrodzeń w budżetach szpitali jest analogiczny (Niemcy) lub nawet wyższy (USA, Singapur – 60 proc.). Takie zestawienie budzi jednak wątpliwości ze względu (po pierwsze) na różnice w systemach opieki zdrowotnej i nieporównywalną strukturę i formy zatrudnienia (Singapur, USA) oraz drastyczne różnice w nakładach na zdrowie (USA z najwyższym poziomem wydatków, Niemcy – lider w wydatkach w UE). Jest jeszcze jeden powód, dla którego trudno porównywać dane z Polski choćby z naszymi zachodnimi sąsiadami: w Polsce w ochronie zdrowia i sektorze wsparcia społecznego pracuje mniej niż 7 proc. wszystkich zatrudnionych w gospodarce, w Niemczech – dwa razy więcej (13,7 proc.). I choć oczywiście nie wszyscy pracują w szpitalach, nie ma żadnej wątpliwości, że wydatki na wynagrodzenia dotyczą populacji pracowników o kilkadziesiąt procent większej.
Sebastian Goncerz zwracał jednak uwagę, że po pierwsze narracja o ogromnym obciążeniu budżetów szpitali wynagrodzeniami medyków nie znajduje potwierdzenia w danych, po drugie, choć w mediach najgłośniej o zarobkach lekarzy, w strukturze wydatków wynagrodzenia lekarzy pracujących na etat stanowią jedynie 8 proc. kosztów, zaś lekarzy rezydentów – patrząc na wszystkie szpitale, również te, które nie mają miejsc specjalizacyjnych – to 1,5 proc. – Ustawa o wynagrodzeniach minimalnych miała za zadanie chronić osoby pracujące na podstawie umowy o pracę. Tych, którzy mają najsłabszą pozycję na rynku i sami nie wywalczą wyższych wynagrodzeń – przypominał, jednoznacznie deklarując, że PR OZZL nie zgodzi się na „zamrożenie” waloryzacji wynagrodzeń minimalnych.
Lekarze uważają również (podobnie jak pozostałe organizacje związkowe), że ustawa o wynagrodzeniach minimalnych nie gwarantuje podwyżek, tylko właśnie – waloryzację, dlatego nie powinna być zmieniana. Jednak eksperci zwracają uwagę, że kwota bazowa to średnia krajowa, do której wliczane są różne dodatki, również nagrody, w dodatku jest ona zawyżana przez ekstremalnie wysokie wynagrodzenia wąskiej grupy osób. Bardziej racjonalnym wyborem byłaby, w ich ocenie, mediana (o ok. 20 proc. niższa od średniej).
Osobnym problemem są umowy kontraktowe, zwłaszcza te, w których szpitale umawiają się ze specjalistami na procent od wartości wykonywanych procedur. Jednak w tej chwili umowy te też stały się częścią problemu ustawy o wynagrodzeniach minimalnych, bo finansowanie podwyżek przez zwiększanie wycen sprawia, że umowy B2B oparte o wartość procedur rosną automatycznie. Można założyć, że w rozmowach na temat zmian w ustawie kontrakty lekarskie staną się jednym z głównych tematów.