Obiecać łatwo, dotrzymać – znacznie trudnej. I to zarówno wtedy, gdy obietnica dotyczy pieniędzy, jak i wtedy, gdy nie jest ona, przynajmniej wprost, obarczona konsekwencjami finansowymi. To oczywiście dotyczy nie tylko zdrowia, ale w ostatnim czasie przykładów w zdrowiu – aż nadto.

Fot. MZ
Największe (mimo wszystko) zaskoczenie. Lekarze spoza UE. Dobrych kilka miesięcy temu media udowodniły, że mimo ogłoszonych dobre pół roku wcześniej restrykcji receptomaty mają się całkiem dobrze i nadal możliwe jest uzyskanie recepty na silne leki przeciwbólowe. Ba, udała się nawet prowokacja w postaci uzyskania recepty na dane urzędującej minister zdrowia. Ministerstwo – po spotkaniu z przedstawicielami samorządu lekarskiego – zobowiązało się wówczas do niezwłocznego zaproponowania przepisu, znoszącego wprowadzoną w czasie pandemii praktykę wydawania warunkowego PWZ, czyli obchodzenia ustawowego trybu przyznawania prawa wykonywania zawodu lekarza i lekarza dentysty przez samorząd zawodowy. Jedynego trybu, który pozwala na kontrolę pracy osoby wykonującej zawód zaufania publicznego. Jednym z ubocznych skutków dziennikarskiego śledztwa było bowiem ujawnienie, że resort zdrowia, wydający WPWZ nie ma żadnej możliwości kontrolowania pracy beneficjentów, nie mają jej również izby lekarskie – bo osób takich nie ma przecież w ich rejestrach.
Nierychliwie, ale rzeczywiście ministerstwo taką zmianę zaproponowało, wprowadzając ją – wiosną – do kolejnej wersji projektu ustawy o szpitalnictwie. I tę poprawkę ministerstwa, nazywaną niekiedy „wrzutką izby lekarskiej” wykorzystano, by (kolejny raz) odłożyć prace nad projektem, choć prawdziwym powodem była niechęć do podejmowania tematu zmian w zdrowiu przed wyborami prezydenckimi. W minionym tygodniu rząd projekt „reformy szpitalnictwa” przyjął, ale już bez propozycji odnoszącej się do WPWZ dla lekarzy spoza UE. Rzekomo mieli naciskać pracodawcy prywatni, chętnie sięgający po lekarzy, otrzymujących zgodę warunkową, w myśl zasady – lepszy lekarz niedokształcony (domyślnie – my go dokształcimy), niż żaden. Ten motyw pojawia się co jakiś czas w publicznych wypowiedziach części organizacji pracodawców, więc nie sposób wykluczyć, że rzeczywiście taki lobbing miał miejsce.
A że „prywatni pracodawcy” to też mogą być przecież firmy prowadzące tzw. receptomaty (nota bene, w mediach społecznościowych w ostatnim czasie znów można obserwować wyraźną ekspansję marketingową), to już zupełnie inna sprawa. Można zaryzykować tezę, że temat wróci. Pytanie, czy po tym, jak ucierpi dobrostan przeciętnego Kowalskiego, czy dopiero wtedy, gdy dotknięta zostanie duma urzędnika państwowego wysokiego szczebla, którego dane zostaną użyte do udowodnienia, że nad Wisłą wiele się zmienia, ale państwo jak „kamieni kupa” to nadal fakt, nie opinia.
Największy znak zapytania. Kto (co) przysłuży się systemowi? Były obietnice zamknięcia przynajmniej części kierunków lekarskich otworzonych w szkołach wyższych nieprzygotowanych do kształcenia lekarzy? Były. Dziś słyszymy, że minister zdrowia nie jest zwolenniczką kształcenia lekarzy w szkołach, które kształcą poniżej standardów, ale uważa też, że wiele nowych szkół, które dostały pozwolenie w ostatnich latach (po obniżeniu, a w zasadzie całym cyklu obniżania standardów) na prowadzenie tych kierunków, „dobrze przysłuży się systemowi”. Oczywiście dlatego, że będziemy mieć do dyspozycji – już za kilka lat, powiedzmy pięć lub sześć – dużo większą liczbę lekarzy. Co prawda nie specjalistów (o czym za chwilę), ale jeden z portali branżowych informował pod koniec tygodnia, że w tym roku najbardziej pożądaną grupą na rynku ofert pracy byli właśnie lekarze bez specjalizacji, więc problemu w zasadzie nie ma (a w każdym razie tak się może wydawać).
Wsłuchując się w dyskusję na temat jakości kształcenia podyplomowego, jaką współorganizowało w minionym tygodniu Porozumienie Rezydentów OZZL, trudno nie dostrzec, że idą czasy trudne, a może raczej – trudniejsze. Zapewnienie jakości kształcenia jest wyzwaniem już przy obecnej liczbie miejsc rezydenckich, a ich zwiększenie, dodajmy – gwałtowne, tak samo jak gwałtownie zwiększano liczbę miejsc na kierunkach lekarskich – może tylko pogłębić problemy.
Oczywiście, całkiem prawdopodobny jest również scenariusz, że na specjalizację, zwłaszcza w trybie rezydenckim, dostać się za kilka lat będzie trudno lub bardzo trudno, a duża część młodych lekarzy będzie mieć otwarte inne ścieżki rozwoju – pracę bez specjalizacji, na przykład, albo wyjazd za granicę, jeśli oczywiście uzyskają wystarczająco dobre wyniki nowego LEK). Może się również okazać, że młodzi lekarze, owszem, systemowi by się bardzo przydali, tylko – brakuje środków, by ich zatrudnić. Nawet w sytuacji, w której rządowi udałoby się przeforsować (w jaki sposób, trudno zgadnąć) zmiany w ustawie o wynagrodzeniach minimalnych pracowników ochrony zdrowia.
Największy brak zaskoczenia. Pieniądze na podwyżki. Ministerstwo Zdrowia położyło na stole 18 mld zł (w tym roku raczej 9,5 mld zł, ale to drobiazg), a media nie dają spokoju i drążą temat, czy pieniądze naprawdę są, czy też raczej – mają być. I co tak naprawdę jest zaszyte w owej kwocie? „Gazeta Wyborcza” twierdzi wręcz – ech, ta publicystyka – że Ministerstwo Zdrowia „ściemnia”. tudzież „mydli oczy”. Ministerstwo Zdrowia, czy też może sama minister, w sumie bez znaczenia, bo chodzi o meritum, czyli o pieniądze, a w zasadzie ich brak.
„GW” potwierdziła w resorcie finansów brak planów (przynajmniej w bliskiej przyszłości) dotacji „zewnętrznej” dla zdrowia (czyli uruchomienia dodatkowych środków przez ministra finansów). To niezaskakujące, od wielu dni informujemy, że środki (jakieś) będą pochodzić z części 46 budżetu państwa, którą dysponuje minister zdrowia. Będą one, jak wynika z naszych ustaleń, „kapać” do systemu (skojarzenie z kroplówką absolutnie prawidłowe), ale też trudno wykluczyć, że resort finansów prędzej czy później będzie musiał przygotować zastrzyk gotówki, bo kroplówka może nie wystarczyć (nie wystarczy na pewno).
Warte odnotowania. Legislacja nierychliwa… Osoby uważnie śledzące tematy związane ze zdrowiem publicznym (lub publicznie składane przez Izabelę Leszczynę obietnice) zapewne przypominają sobie, jak w okolicach maja ubiegłego roku szefowa resortu zdrowia deklarowała, że będzie robić wszystko, by zakaz sprzedaży nieletnim e-papierosów beznikotynowych (w większości tzw. jednorazówek) wszedł w życie jeszcze przed wakacjami.
Niedowiarkom powinno być (niemal) głupio, bo od 5 lipca taki zakaz rzeczywiście obowiązuje. Można oczywiście wytknąć, że wakacje zaczęły się tydzień wcześniej (pomijając drobną okoliczność, że obietnica dotyczyła wakacji ubiegłorocznych, szczęśliwi i politycy czasu nie liczą), ale cieszmy się z małych rzeczy, bo na duże powody do radości liczyć raczej trudno.
Zwłaszcza że czas, a w zasadzie jego względność, nie dotyczy tylko zakazu sprzedaży e-papierosów.
Warto o tym pamiętać, gdy minister mówi, że ustawa o szpitalnictwie jest do uchwalenia pilnie, bo szpitale na nią czekają – ba, pożądają jej, przynajmniej niektóre i posłowie powinni się z nią uporać na maksymalnie dwóch posiedzeniach, warto patrzeć w kalendarz prac sejmowych i poczuć się jak bohater jednej z najpiękniejszych historii, który im bardziej zaglądał do środka, tym bardziej jego przysmaku w owym środku nie było. Oczywiście, do przerwy wakacyjnej pozostały jeszcze w sumie trzy posiedzenia (Sejm ma zebrać się również na dzień przed posiedzeniem Zgromadzenia Narodowego), ale intuicja (doświadczenie?) podpowiada, że jeśli nawet ustawa wejdzie pod obrady Sejmu, to rozstrzygnięcia nie zapadną przed wrześniem.
I wtedy, gdy minister mówi, że bardzo chce, by Sejm jeszcze przed wakacjami zajął się zmianami w Kodeksie karnym, które ma przedstawić resort sprawiedliwości, zaostrzającymi sankcje za agresję wobec pracowników medycznych (tak, tymi, które rząd miał zaakceptować najpierw w maju, potem w czerwcu, ale nie miał szans, bo Adam Bodnar ich ciągle nie przedstawił), to niewątpliwie jest całkowicie szczera, choć szczerość w żadnej mierze nie przekłada się na sprawczość.