Czy w nadchodzącym tygodniu poznamy nazwisko nowego ministra zdrowia? Nawet jeśli tak, nie oznacza to wcale, że w krytycznym dla państwa i społeczeństwa obszarze nastąpią zauważalne zmiany. A już na pewno, że będą to zmiany na lepsze.

Fot. MZ
Największy znak zapytania. Rekonstrukcja. Zdrowy, nomen omen, rozsądek podpowiada, że nie ma w tej chwili powodu, by dokonywać zmiany na stanowisku ministra zdrowia… i być może dlatego w ostatnich dniach nasiliły się spekulacje, że taka zmiana może stać się faktem. Co premier miałby przez to osiągnąć, nie wiadomo, bo nowy szef resortu zdrowia (albo nowa szefowa, bo na giełdzie pojawia się również kobieta) będzie przecież musiał radzić sobie z tymi samymi problemami, przy takim samym (czyli mikrym, by nie powiedzieć żadnym) zainteresowaniu czy też wsparciu szefa rządu, mając do dyspozycji takie same (czyli niewielkie) zasoby finansowe. Wszystko ma się wyjaśnić w najbliższym tygodniu. W każdym razie takie są założenia.
Część dziennikarzy politycznych postawiła już kreskę na Izabeli Leszczynie, stawiając dolary przeciw orzechom, że do rekonstrukcji w obszarze zdrowia dojdzie. Prominentną polityczkę miałby zastąpić albo obecny wiceprezes NFZ Jakub Szulc, albo przewodnicząca senackiej Komisji Zdrowia Beata Małecka-Libera.
Obydwa nazwiska na ministerialnej giełdzie pojawiają się regularnie i trudno mówić o zaskoczeniu. Czy do zmiany dojdzie i kto (ewentualnie) zostanie ministrem? W kontekście twardych zapowiedzi premiera Donalda Tuska dotyczących zmian w podejściu do podziału wydatków w ochronie zdrowia („mniej dla pracowników, więcej dla pacjentów”, oczywiście w ogromnym uproszczeniu) można się zastanawiać, nie czy, tylko kiedy opozycja zacznie głośno przypominać, że wiosną 2022 roku Beata Małecka-Libera o mały włos nie doprowadziła do podwyższenia wszystkich współczynników pracy w ustawie o minimalnych wynagrodzeniach o 0,2 (miało to zrekompensować pracownikom skutki wysokiej inflacji). Sejm odrzucił uchwałę Senatu w tej sprawie, czego z pewnością politycy koalicji rządzącej obecnie nie żałują. Zarówno w tej kwestii, jak i na przykład obietnicy likwidacji limitów w lecznictwie szpitalnym (abstrahując od tego, że drugi z potencjalnych kandydatów na ministerialne stanowisko, Jakub Szulc, uważa, że ta obietnica w praktyce została zrealizowana), senator Koalicji Obywatelskiej miała jedno wyjaśnienie: – Byliśmy zapewniani, że Narodowy Fundusz Zdrowia jest w doskonałej kondycji finansowej.
Przez chwilę rzeczywiście był – o czym (między innymi) mówili w opublikowanej w minionym tygodniu rozmowie szefowie Funduszu. Już wtedy (rok 2022) było jednak wiadomo, że fundamenty tego „dobrobytu” są wyjątkowo kruche. W zasadzie zaś żadnego dobrobytu być nie mogło, o czym mówiła w lutym 2023 roku sama Beata Małecka-Libera podczas zorganizowanej w izbie wyższej konferencji, na której swoją diagnozę stanu systemu ochrony zdrowia prezentował powołany przez nią zespół ekspertów Senatu. – Przestańmy pozorować działania, diagnoza została postawiona, wszyscy znamy problemy w polskiej służbie zdrowia – przekonywała. – Albo będziemy dalej pozorować działania i udawać, że pieniędzy w systemie jest coraz więcej, albo powiemy sobie jasno, że potrzebujemy dwa razy większych nakładów.
Największe (mimo wszystko) zaskoczenie. Kontredans wokół kontraktów. Dwa kroki w przód, dwa do tyłu, jeden w bok – tak można podsumować wypowiedzi (o żadnych decyzjach ani nawet twardych propozycjach ministerstwa mowy przecież nie ma) przedstawicieli resortu zdrowia w sprawie zmian w obszarze kontraktów lekarskich. To skrót myślowy, ale wszyscy, którzy interesują się tematem, doskonale wiedzą, o co chodzi. Piszemy o tym i my, od dobrych kilkunastu tygodni przynajmniej: jedyną szansą rządu na uzyskanie przynajmniej częściowej akceptacji związków zawodowych dla jakiekolwiek zmiany w ustawie o wynagrodzeniach minimalnych jest zademonstrowanie woli poddania regulacjom obszaru kontraktów. Można się spierać, czy to dobrze, czy źle, czy tak być powinno, czy nie – nie to jest jednak tematem (i wyzwaniem). Ministerstwo Zdrowia zachowuje się w tej sprawie jak słoń w składzie porcelany. W dodatku słoń, którego ktoś złośliwie kłuje w bardzo wrażliwą część ciała (trąbę). Skutek? Dużo nerwowych, dewastujących ruchów. Trudno zrozumieć na przykład, jak może minister zdrowia ogłaszać kierunek zmian dotyczący eliminacji „wielokontraktowości” („lekarz nie może być komiwojażerem, objeżdżającym z walizką szpitale etc.”) przed tym, jak prawnicy określą, jakie rozwiązania wchodzą w rachubę, a o jakich w ogóle lepiej nie wspominać. Zestawienie z przysłowiowym słoniem nie jest przypadkowe – każdy ruch, każda wypowiedź (o decyzjach nie wspominając, bo to nie ten etap) rodzi natychmiastowe skutki. Mogą być one pozytywne lub wręcz przeciwnie. A materia, jakiej dotyczą rozmowy, jest równie krucha i podatna na szkody, co cenna porcelana. I nie chodzi tylko o wynagrodzenia, bo na stole leży również (a może przede wszystkim) zaufanie.
Największe wyzwanie. Szczepienia przeciw HPV. Nieco ponad 14 proc. zaszczepionych przeciw HPV w populacji urodzonych między 2006 a 2016 rokiem to wynik wręcz fatalny (nawet jeśli przyjmiemy, że razem z tymi, którzy skorzystali ze szczepienia w ramach programów samorządowych i system ich po prostu „nie widzi” to może być nawet ponad 20 proc.). Jeśli nic się nie zmieni w zasadach programu, szanse na radykalne podniesienie poziomu zaszczepienia, czyli na skuteczną profilaktykę nowotworów HPV-zależnych, są niewielkie, wręcz żadne.
Nigdy dość przypominania, że cel, jaki wskazuje WHO, to 90 proc. zaszczepionej populacji dziewcząt, że są kraje, które ten poziom osiągają (Portugalia, Islandia, Norwegia, ale bardzo blisko są też Hiszpania, Szwecja i Dania, w części tych krajów uzyskano taki – lub niewiele niższy – poziom zaszczepienia chłopców), wreszcie – jak bardzo daleko jesteśmy od skromnego celu, założonego w Narodowej Strategii Onkologicznej (60 proc. zaszczepionej populacji dziewcząt i chłopców). Można oczywiście widzieć szklankę do połowy pustą lub do połowy pełną i zwracać uwagę, że w przypadku jednego czy dwóch roczników udało się (uda?) osiągnąć lub przekroczyć 40 proc. zaszczepienia (samych dziewcząt), jednak nie ulega wątpliwości, że powodów do optymizmu, mówiąc oględnie, nie ma w tym obszarze zbyt wiele.
Efekt, jaki uzyskano w ubiegłym roku w październiku i listopadzie, dzięki gwałtownemu poszerzeniu grupy uprawnionych do szczepień, może się już nie powtórzyć – przynajmniej na taką skalę – bo co roku do programu będzie wchodzić tylko jeden rocznik.
Na horyzoncie nie widać przełomowych pomysłów na dotarcie z informacją (i edukacją) do rodziców. Jest oczywiście szansa, że dzięki edukacji zdrowotnej świadomość korzyści, płynących ze szczepień, zyskają najbardziej zainteresowani – czyli dzieci i młodzież, ale decyzję w sprawie szczepienia podejmują ich rodzice. Do ukończenia 18 lat. Dlatego postulat podwyższenia górnej granicy wieku – do ukończenia 19 lat – wydaje się w tej chwili (dopóki nie dojrzejemy do decyzji o wpisaniu szczepień przeciwko HPV do kalendarza szczepień obowiązkowych, o co wnosi duża część ekspertów) jedynym sensownym rozwiązaniem. Tylko wtedy jest szansa na zdyskontowanie wyższej świadomości młodych osób (zakładając, oczywiście, że będą uczestniczyć w zajęciach edukacji zdrowotnej i wyniosą z nich wiedzę między innymi na temat profilaktyki).
Musi „tylko” zapaść w tej sprawie sensowna decyzja.
Warte odnotowania. CBOS o leczeniu. Z jakiego rodzaju świadczeń zdrowotnych korzystają Polacy? – sprawdził (w czerwcu) ośrodek badawczy. Świadczenia zdrowotne obejmują w tym badaniu wizyty zarówno u lekarzy POZ, jak i specjalistów, lekarzy stomatologów, jak i badania diagnostyczne, w tym laboratoryjne – wachlarz jest więc bardzo szeroki. Ponad połowa z nas dba o swoje zdrowie zarówno w publicznym, jak i prywatnym systemie. Co czwarty Polak robi to tylko w systemie publicznym, co dziewiąty – tylko w prywatnym. 12 proc. Polaków w ciągu sześciu miesięcy poprzedzających badanie w ogóle nie korzystało ze świadczeń zdrowotnych.
Co mówią te wyniki? W ciągu nieco ponad dwóch dekad odsetek korzystających tylko z publicznej ochrony zdrowia zmniejszył się o połowę (24 vs. 48 proc.). Systematycznie rośnie grupa tych, którzy leczą się w obu sektorach, dwukrotnie powiększyła się też grupa korzystających tylko z sektora prywatnego. Poza pierwszym rokiem pandemii względną stabilność wykazuje też odsetek niekorzystających w ogóle z usług zdrowotnych (w 2020 roku było to 30 proc.). Obraz nie jest zaskakujący, natomiast warto byłoby postawić pytanie, na ile jest on wynikiem rosnącej zamożności społeczeństwa, która pozwala realizować niektóre świadczenia zdrowotne w lepszych, bardziej komfortowych, bardziej przyjaznych warunkach, na ile zaś jest to rezultat pogarszającego się dostępu do publicznego sektora. Mówiąc wprost, jaka część Polaków korzysta ze świadczeń zdrowotnych, mogąc swobodnie wybrać między „prywatą” a systemem publicznym, a jaka część może wybrać, ewentualnie, czy uzyska pomoc medyczną na zasadach komercyjnych, czy też powiększy grupę tych, którzy z leczenia nie korzystają.