Jest pierwsza dymisja w Ministerstwie Zdrowia: 26 sierpnia przestanie pełnić swoje obowiązki Jerzy Szafranowicz, najbliższy – w ścisłym kierownictwie resortu – współpracownik byłej minister Izabeli Leszczyny. Jego odejście na pewno jest mniej zaskakujące niż brak innych, zapowiadanych zmian i może sygnalizować, w jakim kierunku będą szły merytoryczne decyzje Jolanty Sobierańskiej-Grendy.
Wiceminister zdrowia Jerzy Szafranowicz. Fot. MZ
- Gdy Leszczyna wprowadzała Szafranowicza do MZ, tłumaczyła, że jako lekarz, menedżer i ekonomista najlepiej podoła wyzwaniom, związanym przede wszystkim z reformą szpitalnictwa
- Prace nad ustawą o szpitalnictwie trwały niemal rok, a jej kształt był zmieniany kilka razy. Ostatecznie wyszła wersja „kadłubkowa”
- Następczyni Leszczyny ma do ustawy stosunek ambiwalentny, z jednej strony widząc potrzebę jej wprowadzenia, z drugiej – ma świadomość, że obecny kształt zapisów nie zmienia reguł gry
- Nowa szefowa resortu zdrowia będzie chciała (musiała) zresetować rozmowy dotyczące zmian w ustawie o wynagrodzeniach minimalnych w ochronie zdrowia
- Partnerzy społeczni od wielu miesięcy skarżyli się na brak dialogu, za który Szafranowicz w kierownictwie resortu odpowiadał
Ministerstwo Zdrowia miało zmienić się dosłownie w ciągu kilku dni. Musiał minąć niemal miesiąc, by ogłoszono pierwszą zmianę. Być może w kolejnych dniach zostaną ogłoszone nowe decyzje – pojawiają się sygnały o możliwych roszadach m.in. na stanowisku dyrektora generalnego resortu. Czy takie zmiany rzeczywiście nastąpią? Na razie warto obserwować korektę kursu po tym, jak z własnej inicjatywy, planowo – co podkreślił komunikat resortu – odchodzi najbardziej zaufany zastępca poprzedniej szefowej ministerstwa.
Gdy Izabela Leszczyna wprowadzała Szafranowicza do Ministerstwa Zdrowia, tłumaczyła, że jako lekarz, menedżer i ekonomista najlepiej podoła wyzwaniom, związanym przede wszystkim z reformą szpitalnictwa. Wykształcenie i doświadczenie wiceministra (dymisja została przyjęta, ale Szafranowicz odejdzie z resortu 26 sierpnia) mogły robić wrażenie: lekarz (specjalista drugiego stopnia z zakresu ortopedii i traumatologii narządu ruchu), studia ukończone na Śląskiej Akademii Medycznej w Katowicach, absolwent Akademii Ekonomicznej w Katowicach, z tytułem doktora nauk ekonomicznych (Politechnika Łódzka), do tego studia MBA w Akademii WSB w Dąbrowie Górniczej, wieloletni menedżer ochrony zdrowia z doświadczeniem w pracy w Narodowym Funduszu Zdrowia na stanowisku dyrektora Śląskiego OW. Za rządów PiS, co media często mu przypominały.
Czy podołał? Prace nad ustawą o szpitalnictwie trwały niemal rok (rozpoczęły się pod koniec sierpnia 2024 roku, ustawa czeka na podpis prezydenta), a jej kształt był zmieniany kilka razy. Ostatecznie wyszła wersja „kadłubkowa” – zarówno Izabela Leszczyna już po swoim odwołaniu, jak i sam Szafranowicz mówili, że chcieliby w niej zmieścić więcej, ale na tyle wystarczyło zgody w koalicji rządzącej. To zresztą było symboliczne, premier ogłaszał dymisję Leszczyny w momencie, gdy jej zastępca prezentował projekt podczas pierwszego czytania w Komisji Zdrowia. Mówiąc posłom w kuluarach, że w zasadzie jest już spakowany. Nie ma przypadków, są tylko znaki: współautor reformy szpitalnictwa musiał mieć świadomość, że następczyni Izabeli Leszczyny ma do ustawy stosunek ambiwalentny, z jednej strony widząc potrzebę jej wprowadzenia, by ułatwić proces konsolidacji szpitalnictwa, z drugiej – ma świadomość, że obecny kształt zapisów nie zmienia reguł gry. Że z ustawą będzie tak samo trudno (lub tak samo łatwo) konsolidować szpitale, jak to dzieje się obecnie. Bo przecież o tym, że konsolidacja jest możliwa, świadczy choćby przykład Szpitali Pomorskich, którymi kierowała Jolanta Sobierańska-Grenda.
Nie ma wątpliwości, że minister zdrowia będzie chciała ustawę szpitalną (jeśli zostanie podpisana) znowelizować (oczywiście, pojawi się od razu pytanie, czy nowelizacja będzie miała szanse wejść w życie, ale to dywagacje, bo trzeba poczekać na decyzję Karola Nawrockiego w sprawie obecnego kształtu ustawy). Podobnie jak nie ma wątpliwości, że nowa szefowa resortu zdrowia będzie chciała (musiała) zresetować rozmowy, dotyczące zmian w ustawie o wynagrodzeniach minimalnych w ochronie zdrowia (czy też szerzej, dotyczące kosztów pracy w publicznym systemie). Tu spuścizna, jaką zostawia po sobie odchodzący wiceminister Szafranowicz, jest dużo bardziej skomplikowana. Partnerzy społeczni od wielu miesięcy skarżyli się na brak dialogu, za który Szafranowicz w kierownictwie resortu odpowiadał. Tak, wiceminister przychodził na posiedzenia Zespołu Trójstronnego ds. Ochrony Zdrowia, tyle że – używając określenia potocznego – przebieg dialogu przypominał bardziej rozmowę ślepego z głuchym o kolorach: ministerstwo sobie, strona społeczna sobie, czasem jednogłośnie, czasem (często) jako wielogłos. Przy czym powodem była nie tyle rozbieżność stanowisk, co niechęć (niezdolność, niemożność) przedstawienia partnerom społecznym pełnej informacji dotyczącej choćby oceny sytuacji finansowej systemu i planów resortu w tym obszarze. Abstrahowanie od fundamentów powodowało, że rozmowy – jeśli już się toczyły – partnerzy społeczni odbierali jako bezproduktywne i fasadowe.
W taki sposób prowadzono też rozmowy dotyczące najbardziej drażliwego, newralgicznego tematu, jakim jest ustawa o wynagrodzeniach minimalnych w ochronie zdrowia. Patrząc z boku można byłoby sądzić, że prowadzący je wiceminister otrzymał zadanie przeciągania tematu tak długo, aż okaże się, że podwyżek w przyszłym roku zrealizować się po prostu nie da. Lub inaczej – że w Narodowym Funduszu Zdrowia nie ma pieniędzy, które pozwolą je sfinansować, w związku z tym dyrektorzy szpitali będą się musieli z tym zadaniem uporać w ramach posiadanych środków. Bez okazałej (co nie znaczy, że żadnej) zmiany wycen i bez zaangażowania środków płatnika, bo z próżnego i Salomon nie naleje, a co dopiero prezes NFZ.
Gdyby tak rzeczywiście było, gdyby taki był sens trwającego od dłuższego czasu kontredansu wokół ustawy (która jest realnym problemem, niezależnie od oceny, jak bardzo była potrzebna, bo została wprowadzona bez właściwej oceny skutków regulacji), można powiedzieć, że sukces jest bardzo blisko, bo perspektywa nowelizacji ustawy jest w tej chwili bardziej odległa niż wtedy, gdy rozmowy dopiero miały się rozpocząć, zaś ich przebieg wręcz zradykalizował stanowisko związków zawodowych (czy też po prostu – grup zawodów medycznych). Teraz rozmowy trzeba będzie zacząć nie tyle od zera, co z poziomu „-1”, a Ministerstwo Zdrowia stanie przed wyzwaniem przekonania partnerów społecznych, że są traktowani... jak partnerzy. Co oczywiście nie oznacza, że wszyscy partnerzy będą gotowi zachowywać się – i podejmować decyzje – po partnersku.
Nie bez powodu prezes Naczelnej Rady Lekarskiej w rozmowie z nami mówi: – Czeka nas ciężka jesień.