Studium kryzysu

Małgorzata Solecka
Kurier MP

Czy zakończy się odliczanie trwających od 23 lipca „najbliższych dni”, w których resort zdrowia miało dotknąć „trzęsienie ziemi” w postaci odpartyjnionej wymiany wiceministrów? W kalendarzu minęło ich czterdzieści cztery. Do dziś.


Premier Donald Tusk. Fot. KPRM

  • Prawdopodobnie w nowym rozdaniu Jolanta Sobierańska-Grenda będzie mieć czworo zastępców
  • Znacząco bardziej zagadkowy niż brak kontaktów minister zdrowia z mediami jest brak planów dotyczących rozmowy z posłami Komisji Zdrowia
  • Decydując się na fakultatywność rząd otworzył dyskusję, dlaczego warto (lub nie) posyłać dzieci na lekcje o zdrowiu
  • Wsparcie w ramach konkursu na dofinansowanie inwestycji w opiekę długoterminową zostało pokierowane tak, by trafiło do szpitali powiatowych z województw tradycyjnie wspierających PiS

Największe (mimo wszystko) zaskoczenie. Premier się wściekł. „Donald się wściekł” – bardziej familiarnie, albo prześmiewczo – w pierwszych miesiącach rządu koalicji 15 października tego typu nagłówki pojawiły się w mediach znacząco częściej niż w tej chwili, gdy wydaje się, że szef rządu jest przede wszystkim zmęczony. Jednak teraz pasowałoby jak ulał: miała być znacząca redukcja liczby wiceministrów, miało być odchudzenie „erki”, miało być – wreszcie – odpolitycznienie i odpartyjnienie resortu zdrowia, minął miesiąc, potem jeszcze tydzień i niemal drugi, kolejny… i wydawało się, że nadal nic, a jednak.

Jest taka scena w filmie „Wróg numer jeden” (USA, 2021), w której agentka CIA Maya, tropiąca Osamę bin Ladena najpierw w Pakistanie, potem nadal w Pakistanie, ale już w centrali, zaczyna odliczać – na szklanej ścianie gabinetu swojego szefa – liczbę dni, upływających od namierzenia kryjówki terrorysty do podjęcia decyzji. Jakiejkolwiek. Spoiler alert, jeśli ktoś filmu nie widział – świetna Jessica Chastain „trochę” się napracuje ścierką i flamastrem, zanim tryby administracji Baracka Obamy przetrawią dostarczony przez nią ładunek informacyjny i zaakceptują jego znaczenie.

Sytuacja z odpolitycznianiem resortu zdrowa wygląda – oczywiście zachowując wszystkie proporcje – podobnie: można byłoby precyzyjnie odliczyć, ile trwały „najbliższe dni”, od 23 lipca. Wszystko wskazuje, że w nadchodzącym tygodniu licznik się zatrzyma, bo oto Donald Tusk osobiście zapowiedział, że zmiany się dokonają (choć media od razu poinformowały, że koalicjanci jeszcze do końca nie przyjmują do wiadomości, że to już, to odpartyjnienie). Jak premier mówi, że odpartyjni Ministerstwo Zdrowia w ciągu najbliższych dni, to nie trzeba mu o tym co miesiąc przypominać…

Wracając do meritum. W resorcie ma zostać Katarzyna Kacperczyk, odpowiedzialna za sprawy europejskie (czyli w tej chwili głównie KPO, czy to nagroda, to pozostanie na stanowisku, o tym poniżej), natomiast wszyscy pozostali wiceministrowie mają zostać wymienieni. O tym, że „odpartyjnienie” nie obejmie Kacperczyk, pisaliśmy w dniu rekonstrukcji rządu. Prawdopodobnie w nowym rozdaniu Jolanta Sobierańska-Grenda będzie mieć czworo zastępców, bo MZ również będzie musiało złożyć „daninę” na ołtarzu (redukcji liczby wiceministrów).

Czy z nowym kierownictwem nastąpi nowe otwarcie? Donald Tusk podkreślał w minionym tygodniu, że od Jolanty Sobierańskiej-Grendy oczekuje zaangażowania w bieżące wyzwania sektora zdrowia, a nie medialnej aktywności. – Nie namawiam pani minister zdrowia, żeby robiła festiwal medialny – zaznaczył szef rządu, taktycznie „zapominając” o obietnicy złożonej mediom w dniu ogłaszania rekonstrukcji – po zaprzysiężeniu, objęciu urzędu i pierwszym posiedzeniu rządu ministrowie (również minister zdrowia) mieli być do dyspozycji dziennikarzy. Nie wyszło, ale to w sumie – drobiazg. Znacząco bardziej zagadkowy niż brak kontaktów z mediami (w demokratycznym państwie, co Donald Tusk dobrze rozumie, aktywność medialna ministrów ma głębokie uzasadnienie) jest brak planów – przynajmniej tych, jakich ślady można znaleźć na stronie sejmowej – dotyczących rozmowy z posłami Komisji Zdrowia. Posiedzenia przeznaczonego na przedstawienie przez minister Jolantę Sobierańską-Grendę pomysłów na działanie systemu (o reformach nie wspominając) przynajmniej na dziś brak. Teoretycznie do takiej rozmowy mogłoby dojść na zwołanym z inicjatywy posłów opozycji posiedzeniu w poniedziałek, które będzie poświęcone m.in. problemowi regulowania nadwykonań i sytuacji szpitali powiatowych, ale nie jest przesądzone, że MZ będzie reprezentować minister. Wręcz jest to raczej mało prawdopodobne.

Premier ogłaszając, że nadchodzą zmiany w MZ, podkreślał również, że głównym zadaniem minister Sobierańskiej-Grendy jest przygotowanie ochrony zdrowia na nadchodzące trudne miesiące. Dodał natychmiast, że do zdrowia trafiają olbrzymie pieniądze – być może więc brak aktywności medialnej i politycznej minister Sobierańskiej-Grendy wynika z tego, że osobie bez politycznego backgoundu (to nie zarzut!), za to od podszewki znającej system, trudno byłoby przemilczeć fakt, że tych pieniędzy jest o wiele za mało.

Największy brak zaskoczenia (niestety). Edukacja zdrowotna. Na Podhalu (i zapewne nie tylko) będą szkoły ze stuprocentowym odsetkiem rezygnacji z zajęć edukacji zdrowotnej. W wielu szkołach średnich uczniowie (lub ich rodzice) rezygnują z lekcji o zdrowiu, bo mogą „odchudzić” bez konsekwencji napięty plan lekcji. Nieco ponad dwa tygodnie, jakie pozostały na podjęcie ostatecznej decyzji, będą w niektórych miejscach przypominać bitwę, którą rząd przegrywa na własne życzenie. Nie chodzi o odsetek dzieci, które ostatecznie na lekcje EZ będą uczęszczać. Chodzi o rzucenie ręcznika na ring, czyli rezygnację z obligatoryjności zajęć.

Nie dzieje się nic, czego nie można byłoby przewidzieć i jedyne, co budzi zdziwienie, to… zdziwienie polityków (artykułowane choćby podczas Kongresu Zdrowia Dzieci i Młodzieży, który odbył się pod koniec sierpnia w Warszawie), że wokół edukacji zdrowotnej trwa „nagonka”, a „różne instytucje” angażują się w kampanię dezinformacyjną na temat szkodliwości programu EZ. Angażują się, bo mogą. Mogą, bo decydując się na fakultatywność rząd otworzył dyskusję, dlaczego warto (lub nie) posyłać dzieci na lekcje o zdrowiu. Co więcej, głosów „dlaczego warto” jest znacząco mniej i słabiej wybrzmiewają. Mimo że był czas, by takie głosy przygotować i zmobilizować.

O tym, że edukacja zdrowotna jest potrzebna (i to nie tylko młodym), nie trzeba przekonywać, a konfuzja kilku polityków skonfrontowanych z własnym niedoinformowaniem (okres vs. owulacja) jest czymś więcej niż (nie)śmieszną anegdotą. Dużo większy ciężar gatunkowy mają doniesienia o tiktokowym trendzie „szon patroli” angażującym (przede wszystkim, choć nie wyłącznie) młodych chłopców. Sprawa ma bardzo wiele wymiarów, absolutnie nie powinna być lekceważona (przeciwnie, być może nawet sprawie powinny się przyjrzeć instytucje, które wkraczają, gdy młodzi ludzie są zagrożeni demoralizacją). Jednym z tych wymiarów jest zdrowie psychiczne – nie tylko potencjalnych ofiar samozwańczych patroli moralności, ale również uczestników tychże „patroli”. Brak edukacji zdrowotnej to mniejsze możliwości poruszania kwestii, które rzutują na zdrowie psychiczne, ale na pewno nie usprawiedliwienie dla bierności wobec problemu.

Warte odnotowania. Obowiązek szczepień. Floryda zniesie obowiązkowe szczepienia dzieci – ogłosił Naczelny Lekarz Stanu. Jest to pierwszy stan w USA, który planuje taki krok, co stawia pod potężnym znakiem zapytania narrację środowisk antyszczepionkowych, jakoby obowiązek taki był charakterystyczny tylko dla krajów postkomunistycznych. Nie jest, a reakcja amerykańskich lekarzy jest jednoznaczna. Jednoznacznie negatywna.

Decyzja podjęta za oceanem została przyjęta z entuzjazmem przez ruchy antyszczepionkowe nad Wisłą, znana liderka antyszczepionkowców już nawołuje, by Polska stała się drugą Florydą, co brzmiałoby może atrakcyjnie, gdyby nie kontekst. Owa liderka ze wszystkich sił zresztą angażuje się od dłuższego czasu w zwalczanie edukacji zdrowotnej i naprawdę trudno tu dopatrywać się przypadków. Na taki poziom dyskusji skazali politycy opinię publiczną próbując uniknąć konfrontacji (której i tak uniknąć się nie dało).

Największy znak zapytania. KPO. Naczelny Sąd Administracyjny uznał argumenty jednego ze szpitali, które bez powodzenia startowały w konkursie na dofinansowanie inwestycji w opiekę długoterminową. To ważne orzeczenie, może mieć konsekwencje również dla innych szpitali, które bez powodzenia zabiegały o publiczne wsparcie. Mówiąc w największym skrócie, sąd podzielił opinię, że konkurs przygotowany przez MZ w czasie rządów PiS, a przeprowadzony przez resort za czasów urzędowania Izabeli Leszczyny był mocno „wybrakowany”. Najbardziej zaś brakowało przejrzystości i obiektywizmu, bo część województw miała „fory” w postaci dodatkowych punktów. Wczytując się w relacje mediów i cytaty z ustnego uzasadnienia wygłoszonego podczas odczytywania wyroków można stwierdzić, że największym problemem była konstatacja sądu, że resort zdrowia nie potrafił logicznie uzasadnić, dlaczego część województw w konkursie była uprzywilejowana.

Nie wyjaśnia tego też zawiły komunikat Ministerstwa Zdrowia opublikowany w dniu ogłoszenia werdyktu, przywołujący typowe dla unijnych konkursów sformułowania, raczej zaciemniające niż cokolwiek wyjaśniające. Bo przecież niby wiadomo, że ściana wschodnia Polski (tam właśnie przyznano te premiujące punkty) starzeje się szybciej, ale jest też prawdą, że w całym kraju tempo zmian demograficznych nie tylko jest wysokie, ale przyspiesza. Co więcej, zmiany w szpitalach powiatowych, w które wpisuje się również restrukturyzacja ich dużych części w placówki opieki długoterminowej, będzie dotyczyć nie tylko ściany wschodniej, ale całego kraju. Beneficjenci konkursu otrzymają wsparcie, pozostali – nie. A oddziały opieki długoterminowej będą (są) potrzebne wszystkim. Sąd to zresztą dobitnie podkreślił, zwracając uwagę, że tym bardziej konieczne są przejrzyste i niebudzące wątpliwości kryteria.

Gdyby pozostawić na boku całą „kapeowską” nowomowę, sytuacja wygląda następująco: wsparcie w ramach konkursu zostało pokierowane tak, by trafiło do szpitali powiatowych z województw tradycyjnie wspierających Prawo i Sprawiedliwość. Gdyby konkurs ogłosił rząd Mateusza Morawieckiego, nie byłoby w tym nawet nic dziwnego – w poprzednich dwóch kadencjach rządy PiS słynęły ze sterowania strumieniami publicznego wsparcia. W tej chwili można się zastanawiać jedynie, kto poniesie odpowiedzialność za blamaż. Jest zresztą spore prawdopodobieństwo, że wpadka z geriatrią nie będzie odosobniona.

07.09.2025
Doradca Medyczny
  • Czy mój problem wymaga pilnej interwencji lekarskiej?
  • Czy i kiedy powinienem zgłosić się do lekarza?
  • Dokąd mam się udać?
+48

w dni powszednie od 8.00 do 18.00
Cena konsultacji 29 zł

Zaprenumeruj newsletter

Na podany adres wysłaliśmy wiadomość z linkiem aktywacyjnym.

Dziękujemy.

Ten adres email jest juz zapisany w naszej bazie, prosimy podać inny adres email.

Na ten adres email wysłaliśmy już wiadomość z linkiem aktywacyjnym, dziękujemy.

Wystąpił błąd, przepraszamy. Prosimy wypełnić formularz ponownie. W razie problemów prosimy o kontakt.

Jeżeli chcesz otrzymywać lokalne informacje zdrowotne podaj kod pocztowy

Nie, dziękuję.
Poradnik świadomego pacjenta
  • Flebolog - czym się zajmuje, jakie choroby leczy?
    Flebolog to lekarz zajmujący się diagnostyką i leczeniem chorób żył. Zajmuje się m.in. żylakami, pajączkami naczyniowymi, zakrzepicą żył głębokich, obrzękami i przewlekłą niewydolnością żylną. Flebologia w Polsce nie jest osobną specjalizacją.
  • Ginekolog – czym się zajmuje, jakie choroby leczy
    Ginekolog to lekarz zajmujący się profilaktyką, diagnostyką i leczeniem chorób żeńskiego układu rozrodczego. Opiekuje się pacjentkami w każdym wieku – przeprowadza regularne badania kontrolne, pomaga w doborze metod antykoncepcji, diagnozuje przyczyny zaburzeń miesiączkowania oraz niepłodności, rozpoznaje i leczy choroby nowotworowe żeńskiego układu rozrodczego. Dba również o prawidłowy przebieg ciąży, porodu i połogu.