Nie zdajemy sobie sprawy z powagi sytuacji. Bez wprowadzenia zmian obecny system staje się niemożliwy do zbilansowania – przestrzegał we wtorek wiceprezes NFZ Jakub Szulc. Jedna ze zmian, jakie w ocenie przedstawiciela płatnika są niezbędne, dotyczy wynagrodzeń pracowników medycznych.

Fot. MSol / Kurier MP
Podczas dyskusji otwierających wtorkową konferencję „Wizja Zdrowia” nie mogło zabraknąć wątku sytuacji finansowej, czy też kryzysu finansowego, w ochronie zdrowia. – Przy obecnym poziomie przychodów i kosztów zbilansowanie budżetu Narodowego Funduszu Zdrowia jest niemożliwe – mówił Jakub Szulc. – Wszyscy powinniśmy wziąć odpowiedzialność. Przyczyny kryzysu są znane i dyskutowane przynajmniej od 1,5 roku.
Szulc przypomniał, że pewna nierównowaga od zawsze była wpisana w system. Z jednej strony plan finansowy NFZ musi być zbilansowany, co oznacza w praktyce, że koszty systemu były „przycinane” do jego przychodów. Jednak trzy lata temu zostały podjęte decyzje – na drodze ustawowej – które tę nierównowagę nie tyle znacząco, co radykalnie, powiększyły. Chodzi oczywiście z jednej strony o przerzucenie – na mocy nowelizacji ustawy o zawodach lekarza i lekarza dentysty – praktycznie wszystkich kosztów na NFZ (łącznie z utrzymaniem systemu ratownictwa medycznego w gotowości), z drugiej – o nowelizację ustawy o wynagrodzeniach minimalnych pracowników ochrony zdrowia, która pociągnęła za sobą logarytmiczny wzrost kosztów. Widać to, jak podkreślał Szulc, choćby po rosnącej dotacji z budżetu państwa: w 2023 roku wyniosła ona 8 mld zł, w 2024 roku musiała zostać zwiększona z planowanych 9 mld zł do ponad 18 mld zł, w 2025 roku była planowana na 18 mld zł, ale już w tej chwili wyniosła 27 mld zł, a brakuje, jak podkreślał wiceprezes NFZ, jeszcze 14 mld zł. – W planach na 2026 rok jest 26 mld zł, a będzie potrzebne, według obecnych szacunków, 49 mld zł – mówił. Szacunki luki na ten i przyszły rok zakładają wyłącznie utrzymanie obecnego poziomu finansowania świadczeń tak, by nie pogorszyć dostępności do nich.
Patrząc inaczej: w 2025 roku koszty realizacji ustawy podwyżkowej wynoszą 58 mld zł, co znacząco przekracza jedną czwartą ponad dwustumiliardowego budżetu płatnika. Ale zmian w przepisach dotyczących wynagrodzeń oczekuje nie tylko płatnik: również z organizacji pracodawców wychodzi coraz więcej postulatów, by ustawę podwyżkową na przykład zamrozić na dwa lata. Wprowadzenie do niej zmian, minimalizujących skalę corocznych podwyżek wynagrodzeń, również szpitale prywatne uznają za mało satysfakcjonujące minimum, przypominając, że nakłada ona obowiązek zwiększania wynagrodzeń również na podmioty działające bez kontraktu z NFZ.
Artur Drobiak, prezes Okręgowej Rady Lekarskiej w Warszawie zastanawiał się, czy w ogóle można mówić o ustawie podwyżkowej, skoro jest to raczej ustawa wyrównująca wynagrodzenia, chroniąca przed utratą wartości (Ministerstwo Zdrowia prezentowało jednak kilka dni temu dane, pokazujące, że skala podwyżek rok do roku jest kilkunastoprocentowa, a poziom inflacji przynajmniej trzy razy niższy). – Kluczowe jest jednak to, że ta ustawa rzeczywiście zadziałała – mówił Drobniak. Nie chodzi tylko o to, że – jak podkreślają przedstawiciele resortu zdrowia i NFZ – wynagrodzenia w ochronie zdrowia stały się „godne”. – Naszym problemem trzy lata temu był drenaż kadr medycznych z systemu publicznego. Lekarze, pielęgniarki, wybierali system prywatny. Teraz coraz więcej osób wraca do systemu publicznego – podkreślał, oceniając, że zmiany w ustawie w momencie, gdy widać pożądane efekty wprowadzonych w 2022 roku zmian, byłyby ryzykowne.
– Mam wrażenie, że nie zdajemy sobie sprawy z powagi sytuacji. Jeśli zmian nie będzie, system stanie się niemożliwy do zbilansowania – ostrzegł Jakub Szulc, dodając, że od czasu zasadniczej reformy ochrony zdrowia, wprowadzonej w 1998 roku, zapadające centralnie decyzje tylko psują system.
Czy inaczej będzie z planowanymi obecnie zmianami? Drugim wątkiem, na jakim skupiła się dyskusja, była reforma szpitalnictwa. Minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda broniła zasady dobrowolności, przypominając, że projekty zakładające obligatoryjność przekształceń nie zyskały akceptacji. – Wierzę w dobry dialog z regionami – mówiła, przypominając, że w województwie pomorskim udało się skonsolidować szpitale mimo braku obligatoryjności. – Widzieliśmy potrzebę – oceniła, wyrażając nadzieję, że podobnie, bez zbędnych emocji i zbędnej polityki, podejdą do kwestii restrukturyzacji swoich placówek inne samorządy.
Minister zdrowia mówiła, że szpitale będą mogły ubiegać się o środki z Funduszu Medycznego (konkurs z alokacją około miliarda złotych), a „niebawem” mają być znane szczegóły dotyczące mechanizmu oddłużeniowego, nad którymi pracują resorty zdrowia i finansów oraz BGK. – Cieszę się, że te prace nie zostały zaniechane, mimo że mechanizm nie został wpisany do ustawy – podkreśliła.
– Zmiany, w ocenie samorządu lekarskiego, idą w dobrym, albo nawet bardzo dobrym, kierunku – stwierdził prezes ORL w Warszawie, zastrzegając, że to ocena planów, a kluczowa będzie faza realizacji. Artur Drobniak podkreślił przy tym, że jednym z problemów szpitalnictwa jest nierównomierne obciążenie pracą lekarzy (i innych pracowników). Są ośrodki, w których lekarze, jak mówił, są przepracowani, są takie, w których pacjentów nie ma tak wielu. – Obecny system jest niekorzystny i dla pacjentów, i dla pracowników – ocenił. Wynika to przede wszystkim z wadliwego rozłożenia akcentów i niedowartościowania opieki na poziomie ambulatoryjnym. – POZ wysyła wszystkich trudniejszych pacjentów do szpitali. Ponieważ spora część szpitali nie ma pacjentów, zgarnia wszystkich. Gdyby oni nie trafiali do szpitala, pojawiłoby się zasadnicze pytanie, czy ten ośrodek powinien w ogóle istnieć – wskazywał. W jego ocenie prawdziwa zmiana systemu musi się wiązać z położeniem znacznie większego nacisku na opiekę ambulatoryjną. Jest to tym bardziej konieczne, że działamy pod presją demografii, szybkiego starzenia się społeczeństwa.
Na ten problem zwracała też uwagę przewodnicząca senackiej Komisji Zdrowia Beata Małecka-Libera. – Liczba chorujących się zwiększa. Zwiększa się liczba chorujących przewlekle. Demografia powoduje, że rośnie liczba osób, którym system ochrony zdrowia musi zapewnić opiekę. To, że żyjemy dłużej, to sukces medycyny, ale ten sukces kosztuje – wskazywała. W jej ocenie na potrzeby systemu trzeba patrzeć całościowo, zarówno od strony finansowej, jak i organizacyjnej. Częścią tego spojrzenia musi być też odpowiedzialność pacjenta – tu polityczka wskazała na dwa przykłady: nieodwoływanie wizyt przez pacjentów oraz brak adherencji. – Połowa pacjentów nie stosuje się do zaleceń terapeutycznych. Nie leczą właściwie swoich chorób przewlekłych i trafiają do systemu najczęściej z jeszcze większymi problemami – przypominała. Jeden i drugi problem to wymierne koszty dla systemu, o czym – jak podkreślała – pacjenci powinni być edukowani.