Posłowie PiS, domagając się urealnienia nakładów na zdrowie w ustawie przychodowej wyznaczają nowy poziom manipulacji w dyskursie publicznym. Nie można zapominać, kto i w jaki sposób bronił zasadności reguły n-2. Ani tego, kto się domagał jej wykreślenia, ale o tym nie pamięta.

Fot. Adobe Stock
Największa porażka. Zdrowie psychiczne kadr medycznych. Dwie piąte pracowników medycznych chciałoby zmienić miejsce pracy lub odejść z zawodu – to informacja z dużego badania, przeprowadzonego przez Fundację Nie widać po mnie. Raport z tego badania ma zostać przedstawiony niebawem, ale już ta sygnalna informacja, przedstawiona na posiedzeniu Komisji Zdrowia, wzbudziła ogromne poruszenie.
Problem potwierdza WHO: co trzeci medyk w Europie ma obawy depresji. W Polsce (i na Litwie) sytuacja jest jeszcze gorsza: problem dotyczy co drugiego lekarza i pielęgniarki. Światowy Dzień Zdrowia Psychicznego (10 października) stał się okazją nie tylko do rozmowy o przyszłości polskiej psychiatrii (tu akurat potwierdzono pozytywny scenariusz, utrzymanie pilotażu CZP, ale z pomysłem – nareszcie – na jego zakończenie i wdrożenie modelu do systemu), ale też – o kondycji psychicznej pracowników medycznych.
Można się „pocieszać”, że nie tylko Polska mierzy się z wyzwaniem. W ciągu ostatniego roku jeden na trzech medyków doświadczył mobbingu lub gróźb przemocy w pracy. Z kolei 10 proc. zetknęło się z przemocą fizyczną lub molestowaniem seksualnym. – Co trzeci lekarz i pielęgniarka zgłasza depresję lub lęk, a ponad jeden na dziesięciu myśli o odebraniu sobie życia lub zrobieniu sobie krzywdy. To niedopuszczalne obciążenie dla osób, które się nami opiekują. Nie musi tak być – mówił dr Hans Henri P. Kluge, dyrektor regionalny WHO na Europę. Na zły stan psychiczny medyków mają wpływ m.in. wielogodzinne dyżury, praca w systemie zmianowym, praca na podstawie umów tymczasowych, która zaburza poczucie bezpieczeństwa zatrudnienia. Niszczący wpływ ma też ciągły stres wywołany odpowiedzialnością zawodową. Raport WHO wskazuje, że ryzyko występowania myśli samobójczych u lekarzy i pielęgniarek jest aż o 50 proc. wyższe w porównaniu do ogółu populacji.
Pytanie, jak sobie z tym próbujemy radzić. Najkrócej mówiąc, nie próbujemy. W każdym razie – nie systemowo. Wiedza o tym, że polscy medycy są wypaleni, a zjawisko to tylko pogłębiła i przyspieszyła pandemia, jest powszechna – a w każdym razie być powinna – również wśród decydentów. Zaledwie rok temu o wypaleniu zawodowym medyków debatowano podczas jednego z jesiennych kongresów zdrowotnych, wypowiadała się na ten temat wiceminister zdrowia odpowiedzialna za kadry medyczne. Bez efektów, co chyba najboleśniej pokazuje fakt, że dane o stanie psychicznej kondycji medyków przedstawia posłom organizacja pozarządowa, a nie resort zdrowia. Dane alarmujące, szokujące, ale czy można się spodziewać innych, skoro wypalenie zawodowe zagraża – o czym wiadomo, na podstawie innych badań – nawet lekarzom w trakcie specjalizacji, a problemy z dobrostanem psychicznym dopadają już studentów kierunków lekarskich, m.in. z powodu przeciążenia programem i wymaganiami graniczącymi z mobbingiem? Skądinąd – konkretnie z badań przeprowadzonych na Śląsku – wiadomo również, że lekarze, mimo ogromnych obciążeń, nie szukają zawczasu profesjonalnego wsparcia. Nie pomaga coraz bardziej spowszedniała agresja, nie pomaga atmosfera nagonki, w jakiej funkcjonują medycy.
Bolesław Piecha podczas posiedzenia Komisji Zdrowia porównał dane dotyczące zniechęcenia medyków (40 proc. myślących o zmianie miejsca pracy lub zawodu) do sytuacji z lat 80., gdy podobny odsetek Polaków marzył o emigracji. „Jesteśmy wreszcie we własnym domu. Nie stój, nie czekaj. Co robić? Pomóż” – słyszeli Polacy jesienią 1989 roku z ekranów telewizyjnych. Co musiałoby się stać, żeby medycy w systemie ochrony zdrowia, który współtworzą, poczuli się… mniej obco?
Największe wyzwanie. Pieniądze na zdrowie. Polityka rządzi się swoimi prawami i byłoby naiwnością oczekiwać, że w debacie będą używanie tylko argumenty polegające na prawdzie i przyzwoitości. Mimo to fragmenty debaty budżetowej dotyczące finansowania ochrony zdrowia przeniosły problem braku przyzwoitości na zupełnie nowy poziom. Moment, w którym poseł Prawa i Sprawiedliwości dopomina się, by usunąć z ustawy 7 proc. PKB na zdrowie regułę n-2 i jednocześnie podnieść próg realnych wydatków do 8 proc., zmusza do małej wycieczki w przeszłość.
Jest sierpień 2021 roku. Komisja Zdrowia pracuje nad rządowym projektem nowelizacji ustawy 6 proc. PKB na zdrowie – po zmianach będzie to 7 proc., z perspektywą osiągnięcia tego poziomu w 2027 roku. Posłowie opozycji – przede wszystkim Krystyna Skowrońska – grzmią w sprawie reguły n-2, nazywając ją oszustwem. Głos zabiera Tomasz Latos, przewodniczący Komisji Zdrowia i (wówczas) prominentny polityk PiS. – Doprecyzujmy pewną rzecz. Osobiście byłbym przeciwnikiem, zawsze i we wszelkich okolicznościach, odnoszenia się do PKB bieżącego. Przepraszam bardzo, na jakiej podstawie, poza pewną symulacją, my dzisiaj, w sierpniu, mamy mówić i przewidywać, jakie będzie PKB w roku 2021. Nie wiemy, co nas czeka jesienią, czy będzie czwarta fala, czy nie będzie albo jak będzie duża, co będzie się dalej działo z gospodarką, czy będą wzrosty, czy będą spadki. Nikt tego nie wie. (…) W związku z tym odnosimy się do PKB, zgodnie z umową, która została przyjęta – perorował poseł. Linia obrony n-2 była taka: po pierwsze, wiemy do czego się odnosimy, po drugie – co prawda mamy wzrost gospodarczy, PKB rośnie, ale może spaść i wtedy ochrona zdrowia nie straci (to, że można byłoby rozwiązać kwestię ryzyka ewentualnego spadku przez wpisanie jednego prostego zastrzeżenia, że nakłady nie mogą być niższe od roku poprzedzającego, nikomu najwyraźniej nie przychodzi do głowy). – Możemy sobie wyobrazić sytuację zgoła odwrotną. Przypominam, że w czasie pandemii byłoby to niekorzystne dla sytuacji ochrony zdrowia, gdybyśmy się odnosili do spadków PKB, które w tamtym momencie obserwowano na całym świecie, również w Polsce. Tak więc odnoszenie się z pewnym poślizgiem może również oznaczać, że tak jak teraz, będziemy się odnosić do PKB jeszcze sprzed pandemii, czyli w sytuacji, gdy mamy pewne utrudnienia w gospodarce, odnosimy się jednak do czasu prosperity, co powinno w danym momencie, tak jak w tej chwili, cieszyć – tłumaczy Latos (choć de facto w Polsce nie mieliśmy, nawet w czasie pandemii, do czynienia ze skurczeniem się PKB, ale ostrożności nigdy za dość). W kwestii odnoszenia się – pełna dialektyka.
A co na to przedstawiciel rządu? – Taką mamy ustawę, takie mamy założenia. Dlaczego tego nie zmieniamy? To pytanie padło. (…) Pan przewodniczący w dużej części odpowiedział, a po drugie, dzisiaj powinno nam zależeć na zachowaniu porównywalności. Jeżeli od czterech lat mówimy o stosowaniu pewnego algorytmu, może lepszego, może gorszego – ma swoje zalety, ma swoje wady… Z mojej perspektywy jako ministra zdrowia cała ustawa ma jedną największą zaletę: ona daje gwarancję rosnących nakładów. Czy benchmarkujemy się do n-2, czy do n-1, czy n, myślę, że to w oczywisty sposób wpływa na kwoty, ale też musimy patrzeć racjonalnie. (…) Jeżeli zmienialibyśmy dzisiaj tę metodologię, to pewnie zmuszeni bylibyśmy obniżyć te procenty. De facto polski pacjent nic by na tym nie zyskał i zostalibyśmy w tym miejscu, w którym jesteśmy, a deklarujemy istotne zwiększenia nakładów – wykładał kawę na ławę ówczesny wiceminister zdrowia Sławomir Gadomski, unieważniając ówczesne (ale i obecne) twierdzenia, że zmierzamy do 7 proc. PKB (realnie).
Wracając do października 2025 roku. Źle się stało, że Koalicja Obywatelska tak łatwo zapomniała, czego się domagała w latach 2021-2023. Fatalnie wręcz. Ale posłowie PiS (osobliwie zaś ci, którzy mandat sprawowali również w poprzedniej kadencji i zasiadali w Komisji Zdrowia) nie powinni raczej w sprawie metody n-2, minimalnych progów wydatków i ustawy przychodowej zabierać głosu, a już na pewno, jeśli nie zamierzają krytycznej opinii o decyzjach obecnego rządu poprzedzić uderzeniem się we własne piersi.
Największy znak zapytania. Błogosławiona wina? Ministerstwo Zdrowia przedstawiło nowy projekt nowelizacji ustawy o wychowaniu w trzeźwości, który zakazuje sprzedaży alkoholu na stacjach benzynowych i w uzdrowiskach, a zakup online ma wymagać osobistego odbioru. Resort uwzględnił propozycje posłów Lewicy w swoim projekcie. W piątek został on skierowany do konsultacji publicznych. Ponownie, bo pierwszy – przygotowany po ubiegłorocznej aferze z tzw. alkotubkami – został na tyle zmieniony, że konsultacje są niezbędne.
Trudno nie połączyć kropek. Na początku była „burza w szklance wódy”, czyli awantura wokół nocnej prohibicji w Warszawie. Polityczne gierki w łonie Koalicji Obywatelskiej i fiasko projektu Rafała Trzaskowskiego, faktycznie utrąconego przez jego własną partię, mają duże szanse zapisać się w historii jako „błogosławiona wina”. To właśnie warszawskie wydarzenia przywróciły temat ograniczeń w sprzedaży alkoholu do głównego nurtu debaty publicznej. Nie osłabiła jej nawet (można odnieść wrażenie, że efekt był przeciwny) nawet deklaracja, że zakaz sprzedaży alkoholu na stacjach benzynowych (taki był jeden z głównych motywów pierwotnego ministerialnego projektu zmian w ustawie o wychowaniu w trzeźwości) nie znajduje się w agendzie rządowych priorytetów.
Oczywiście nie ma co chwalić dnia przed zachodem słońca, a procesu legislacyjnego przed podpisem prezydenta (a wcześniej – co najmniej skierowaniem projektu do prac w parlamencie). To, że resort zdrowia chce nadawać ton dyskusji o ograniczeniu dostępności alkoholu jest sygnałem ze wszech miar pozytywnym, ale jest zdecydowanie za wcześnie, by ogłaszać sukces. Przeciwnie, można się spodziewać, że w miarę procedowania projektu problemów będzie przybywać. Lepsze jest wrogiem dobrego, a mnogość pomysłów na ograniczenia dostępności alkoholu może z jednej strony ożywiać dyskusję, z drugiej – paraliżować proces decyzyjny. Tu wszystkie scenariusze są jeszcze otwarte, te negatywne, z punktu widzenia interesu społecznego, zdrowia publicznego – również.