Blisko miliard złotych przekaże do budżetu NFZ Kancelaria Premiera – poinformowała minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda. A że pieniądze będą pochodzić z rezerwy, uruchamianej zazwyczaj w sytuacjach kataklizmu, warto zapytać, czy pożar, który trawi płatnika, nie jest aby wynikiem podpalenia.
Minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda. Fot. MZ
We wtorek w „Rzeczpospolitej” ukazał się „pierwszy prasowy wywiad” minister zdrowia (wcześniej rozmawiała z PAP). Wywiady nie zdarzają się często, więc trudno się dziwić, że słowa Jolanty Sobierańskiej-Grendy są szczegółowo analizowane. Choć akurat te o blisko miliardzie złotych „od premiera” przeszły bez większego echa. Być może dlatego, że niespełna miliard złotych to niewiele. Tegoroczna luka w NFZ szacowana jest na 14 mld zł – i to przy założeniu, że zostanie wykonany plan po stronie przychodów, a jak pisaliśmy w poniedziałek, nie jest to przesądzone, bo po ośmiu miesiącach brakuje 3,5 mld zł.
Kryzys nie do przewidzenia?
To, że finanse NFZ są w potężnym kryzysie, to niezaprzeczalny fakt. Jednak to, że do ratowania sytuacji trzeba uruchamiania rezerw KPRM, musi szokować. Pieniądze z rezerwy pozostającej do dyspozycji premiera uruchamia się zwykle w sytuacjach klęsk żywiołowych (takich choćby, jak ubiegłoroczna wrześniowa powódź). Można po nie sięgnąć w sytuacji nagłych kryzysów i innych pilnych potrzeb. Najogólniej jednak rzecz ujmując – chodzi o sytuacje, których nie można było przewidzieć na etapie układania budżetu państwa.
Nie mamy do czynienia z taką sytuacją. Rząd Donalda Tuska przygotował budżet z pełną świadomością, że pieniędzy na zdrowie będzie za mało. Równo rok temu pracował nad nim Sejm, a posłanka Marcelina Zawisza proponowała zwiększenie dotacji podmiotowej z budżetu do NFZ o 20 mld zł. Z budżetu państwa miałoby trafić do Funduszu nie planowane wcześniej 18,3 mld zł, a około 38,5 mld zł. Biorąc pod uwagę, że do tej pory NFZ otrzymał z budżetu ponad 27 mld zł, a ciągle brakuje mu 14 mld zł – bez których wywiązanie się z bezwzględnych zobowiązań będzie niemożliwe – można śmiało stwierdzić, że posłanka Zawisza co prawda nie doszacowała luki, ale jej wyliczenia były o niebo bardziej precyzyjne niż ministra finansów, ówczesnej minister zdrowia i – ostatecznie – premiera. Sejm oczywiście poprawkę posłów Razem odrzucił. Ale trudno powiedzieć, by brak kilkunastu – w tej chwili – miliardów był kataklizmem niemożliwym do przewidzenia.
Można natomiast z całą pewnością powiedzieć coś innego – kryzys finansowy został wywołany, sprowokowany. Początkowo – przez błędne decyzje jakie zapadały w latach 2022-2023. Ale w kolejnych latach politycy raczej donosili podpałkę, niż cokolwiek gasili. Używając porównania z kataklizmem: jeśli mamy pożar, to dlatego, że nastąpiło podpalenie.
Minister zdrowia sama zresztą wskazuje gdzie tkwi problem, stwierdzając, że niemówienie o pieniądzach był błędem. Sęk w tym, że o pieniądzach się mówiło, i to całkiem sporo. Pomijając cykliczne wystąpienia ekspertów w tej sprawie (niektóre raporty były nawet przedstawiane posłom Komisji Zdrowia), mówiła o pieniądzach – w sposób bardzo otwarty – i była minister Izabela Leszczyna, która rok temu podczas Forum Rynku Zdrowia przyznała: „Nie jestem w stanie przekonać Rady Ministrów do zwiększenia składki zdrowotnej”. Bardzo twardo, od co najmniej roku, może nawet nieco dłużej, o sytuacji finansowej mówili też przedstawiciele NFZ, prezes Filip Nowak i wiceprezes Jakub Szulc.
O pieniądzach mówili też wreszcie politycy, tylko niezbyt mądrze (posłowie koalicji rządzącej w poprzedniej kadencji i w tej jednym głosem o historycznie wysokich nakładach na zdrowie) i niezbyt prawdziwie (premier o stałym zwiększaniu bardzo wysokich wydatków na ochronę zdrowia), więc owo mówienie było (i jest nadal) pozbawione sensu.
Rozmowy jak po grudzie/h4>
Niecały miliard sytuacji nie uratuje, ale nie jest bez znaczenia. Dzięki tym pieniądzom „to, co było prognozowane jeszcze niedawno, czyli obniżanie w październiku wysokości kontraktów, szczególnie na Mazowszu, nie będzie miało miejsca” – stwierdziła szefowa resortu zdrowia. Decyzja o uruchomieniu środków z rezerwy celowej potwierdza też prawdę, że „czas to pieniądz”.
Pieniądze popłyną do Funduszu dosłownie „na dniach”, tymczasem – jak wynika z naszych informacji – rozmowy między ministerstwami zdrowia oraz finansów na temat dodatkowej dotacji z budżetu państwa (decyzja powinna zapaść w tym tygodniu, być może nawet w środę, bo mówiono o 15 października jako terminie brzegowym) nie postępują wcale tak gładko, choć Sobierańska-Grenda w wywiadzie mówi, że resort finansów „wykazuje zrozumienie”. Być może tak jest, ale to – co według naszych rozmówców – znacznie bardziej okazuje, to brak akceptacji dla planów oszczędnościowych resortu zdrowia, czyli zwłaszcza propozycji zmian w zakresie zasad ustalania wynagrodzeń pracowników ochrony zdrowia. Minister finansów uznał to, co przedstawił resort zdrowia, za niewystarczające.
Być może dlatego minister Sobierańska-Grenda w wywiadzie dla „Rz” zasygnalizowała, że na stole ma różne, nawet skrajne, rozwiązania. – Na razie jesteśmy w procesie konsultacji, ale wyłania się z tego już jakiś obraz, czyli być może zamrożenie ustawy podwyżkowej. Jednym z wariantów jest przesunięcie okresu rozliczeniowego, jeśli chodzi o podwyżki płac, o pół roku [z 1 lipca na 1 stycznia – red.]. Przedstawiciele strony społecznej bardzo by chcieli, żeby został ustalony górny poziom zarobków personelu medycznego na kontraktach, więc rozmawiamy w tej chwili z Agencją Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji na temat wycenienia kwoty, która byłaby pułapem dla lekarzy czy w ogóle dla przedstawicieli zawodów medycznych pracujących na kontrakcie – stwierdziła, dodając, że są również propozycje, aby wskaźnik podwyżek minimalnego wynagrodzenia pracowników ochrony zdrowia uzależnić od poziomu inflacji.
Duża część komentarzy, jakie pojawiły się po publikacji rozmowy, ten fragment interpretuje wręcz jako decyzję o zamrożeniu ustawy o wynagrodzeniach minimalnych. Bezzasadnie, warto zwrócić uwagę na „być może” oraz – szczególnie – sformułowanie „wyłania się obraz”. Obraz, jaki do tej pory się wyłonił z chaotycznych rozmów („konsultacje” to o wiele za duże słowo) jest następujący: za „zamrożeniem” opowiadają się niektóre organizacje pracodawców, stanowcze „nie” mówią związki zawodowe i samorządy zawodów medycznych i nie ma żadnych szans, by ten wariant przeprowadzić przez parlament. Żadnych.
Minister zdrowia zresztą sama musi zdawać sobie z tego sprawę, rozwijając w swojej wypowiedzi cały wachlarz innych rozwiązań, czyli – z grubsza – warianty pośrednie. Patrząc z punktu widzenia resortu finansów – trudno ocenić wiarygodność tych planów (bo tak naprawdę zupełnie nie wiadomo, wokół czego – i czy w ogóle – Ministerstwo Zdrowia chce budować konsensus, porozumienie z partnerami społecznymi). Warto przypomnieć, że – według zapowiedzi MZ podczas spotkania z dziennikarzami – przynajmniej oficjalne rozmowy ze stroną społeczną mają ruszyć po uzgodnieniach z resortem finansów w sprawie koniecznego zakresu zmian w ustawie.