Mając bardzo ograniczone środki, chcemy kupić wszystko. To się nie uda. Cały czas żyjemy w przekonaniu, że zawsze jakoś było, więc teraz też – jakoś będzie i uda się nam za mniej kupić więcej. Nie, już „jakoś” nie będzie – mówił podczas dyskusji poświęconej sytuacji finansowej podczas poniedziałkowego Forum Rynku Zdrowia wiceprezes NFZ Jakub Szulc.
Wiceprezes NFZ Jakub Szulc. Fot. NFZDyskusja toczyła się wokół pytania: czy w obecnej sytuacji finansów ochrony zdrowia musimy wybierać między potrzebami pacjentów a możliwościami finansowania budżetu? I choć większość uczestników zdawała się skłaniać do dość prostej odpowiedzi „nie”, mocno wybrzmiewało ono jako „nie, ale…”. – Sprawa jest skomplikowana – mówili zaproszeni eksperci.
– Nie, nie musimy wybierać. Dlaczego? Dlatego, że powinniśmy hybrydowo wspierać ochronę zdrowia i nie czekać tylko na to, że NFZ będzie wszystko finansował, tylko szukać nowych rozwiązań finansowania – mówił Piotr Grzebalski, dyrektor Biura Relacji z Sektorem Publicznym Banku Gospodarstwa Krajowego. – Powinniśmy szukać nowych sposobów na zwiększenie finansowania, ale też lepiej wykorzystywać środki, które już w systemie są poprzez tak zwane odwracanie piramidy świadczeń, czyli położenie większego ciężaru na AOS i POZ – wskazywał Artur Białkowski, wiceprezes zarządu Medicover.
Dużo mniej optymistycznie brzmiały jednak głosy tych panelistów, którzy z sytuacją finansową systemu ochrony zdrowia – a raczej z jej konsekwencjami – mierzą się na co dzień.
– Mamy ograniczone środki i jakąś pulę potrzeb zdrowotnych, jaką w związku z tym jesteśmy w stanie zaspokoić – wskazywał wiceprezes NFZ Jakub Szulc. – Nie ma państwa na świecie, które zaspokaja wszystkie potrzeby. Natomiast oczywiście musimy pracować nad tym, żeby dysponując tym, czym dysponujemy, zabezpieczyć jak najwięcej potrzeb zdrowotnych. Powinniśmy też pracować nad tym, żeby poziom finansowania również wzrastał.
– Nie ma takiego kraju, w którym finansowanie ochrony zdrowia byłoby bezlimitowe. Nawet kraje, które alokują duże środki, dążą do reformy swoich systemów i wdrażają nowe strategie, bo dostrzegły, że nie posiadają nieograniczonych środków – wskazywał Tomasz Maciejewski, wiceminister zdrowia, wymieniając w tym kontekście przede wszystkim Niemcy, Danię i Wielką Brytanię, a więc kraje, w których poziom finansowania jest radykalnie wyższy niż w Polsce. – Jako Ministerstwo Zdrowia czy NFZ musimy pokazać, że nie zmarnujemy pieniędzy, które zasilą system. Od lat niestety pojawiają się opinie, że ochrona zdrowia to cieknący durszlak. Powinniśmy zmienić paradygmat opieki nad pacjentem i przenieść ciężar z leczenia w warunkach szpitala na świadczenia realizowane w AOS czy POZ – dodał wiceszef resortu zdrowia.
Analogia do cieknących sprzętów domowych nie zdominowała jednak dyskusji. Jakub Szulc podkreślał, że choć finanse ochrony zdrowia zawsze były tematem troski, w tej chwili – już drugi rok – sytuacja jest szczególna, bo „weszliśmy w taki moment, który charakteryzuje się stałym brakiem stabilności finansowej systemu”. Impulsem, który zepchnął system na ścieżkę stałego (narastającego) braku stabilności były decyzje podjęte trzy lata temu. – Mniej więcej do 2022 roku system bilansował się w oparciu o wpływy ze składki zdrowotnej. Potem jednak weszły w życie dwie kluczowe dla NFZ regulacje. Przyjęto nowelizację ustawy o zawodzie lekarza i lekarza dentysty, a następnie ustawę o minimalnym wynagrodzeniu. Stała się przy tym rzecz bez precedensu, jeśli chodzi o finanse publiczne. NFZ otrzymał nowe zadania, ale nie zapewniono źródeł ich finansowania. Wcześniej Fundusz również dostawał dodatkowe zadania, ale zawsze towarzyszyło temu przekazanie dotacji celowej – podkreślił.
Na 2026 rok zaplanowano dotację budżetową w wysokości 26 mld zł. Ale, zdaniem Szulca, biorąc pod uwagę rosnące potrzeby, jeśli w tej kwestii nic się nie zmieni (czytaj – jeśli nie zostaną ograniczone potrzeby, na przykład w zakresie wynagrodzeń personelu medycznego czy wycen świadczeń), Fundusz będzie potrzebować dotacji blisko dwa razy wyższej.
Czy jednak budżet państwa udźwignie takie obciążenie? – Na 2026 rok mamy zaplanowane przychody na poziomie 647,2 mld zł, natomiast wydatki na poziomie 918,9 mld zł. Deficyt wyniesie więc 217 mld zł. To dwa razy więcej niż powinno, zbliżamy się więc do granicy bezpieczeństwa. Ponieważ rośnie deficyt, zwiększa się także dług publiczny, co realnie grozi bankructwem państwa. W przyszłym roku obsługa tego długu będzie nas kosztować ok. 90 mld zł – punktowała Anna Gołębicka, ekonomistka, członkini Rady Narodowego Funduszu Zdrowia. – Od dekady wydatki na zdrowie mocno wzrosły, natomiast nie mamy poczucia, by pacjent był w efekcie lepiej zaopiekowany. Od lat nie dostosowujemy systemu do nowych potrzeb zdrowotnych. Przykładowo, utrzymujemy trzy szpitale w jednym powiecie, żaden z nich nie działa dobrze, a każdy generuje koszty. Paradoksalnie jednak jesteśmy w bardzo dobrym momencie, szorujemy po dnie. Musimy wspólnie ponosić odpowiedzialność za naszą ochronę zdrowia i zacząć realnie ten system zmieniać – oceniła.
– My cały czas staramy się stawać wbrew prawom fizyki i próbujemy za mniej kupić więcej. Bo „zawsze jakoś było”, więc i teraz „jakoś będzie”. Nie będzie. Nie da się w nieskończoność nalewać z próżnego. Do tej pory kapało, ale to się kończy – wtórował Jakub Szulc, nawiązując do wypowiedzi o kondycji finansów publicznych.
– To bardzo ważne, że wreszcie zaczęliśmy komunikować fakt, że pieniędzy w systemie po prostu brakuje. To pomoże zbudować zrozumienie dla potrzeb ochrony zdrowia – podkreślał Jakub Adamski, dyrektor Departamentu Współpracy Biura Rzecznika Praw Pacjenta.
Senator Wojciech Konieczny, do niedawna wiceminister zdrowia z Lewicy, zwracał jednak uwagę, że w dyskusji na temat finansowania ochrony zdrowia zbyt łatwo przechodzimy do porządku dziennego nad tym, że Polska na zdrowie wydaje po prostu zbyt mało pieniędzy. – Dyskutując o reformie systemu, musimy na nią popatrzeć przez pryzmat doświadczenia, jakie wynieśliśmy z pandemii COVID-19. Wiemy, że w państwach takich jak Niemcy, gdzie opieka zdrowotna jest lepiej finansowana i skoordynowana, liczba nadmiarowych zgonów była po prostu znacząco niższa niż w Polsce – przypomniał, przywołując dane, z których wynikało, że w podobnym czasie z powodu COVID-19 zmarło i w Polsce, i w Niemczech po 100 tys. osób. – Niemcy są jednak ludnościowo dwa razy większe niż Polska – zwracał uwagę. W ocenie senatora Lewicy jest zdumiewające, że przechodzimy nad tym doświadczeniem do porządku dziennego. – Jakoś dziwnie do tego nie wracamy. Nie prowadzimy analiz. Również zapewne dlatego, że nie ma żadnych materiałów do analizowania. Posiedzenia, na których podejmowane były decyzje dotyczące pandemii, nie były protokołowane – zauważył, dodając, że takie analizy wcale nie miałyby jedynie wartość historycznej. – Zagrożenia militarne, które cały czas nam towarzyszą, mają wiele wspólnego z tamtym kryzysem.