W siedzibie Naczelnej Izby Lekarskiej odbyła się dyskusja poświęcona społecznym i zdrowotnym skutkom nadmiernego spożycia alkoholu. Opracowane rekomendacje i wnioski płynące z debaty samorząd przekaże do Ministerstwa Zdrowia jako głos w konsultacjach nad projektem i dyskusji o polityce ograniczania dostępności alkoholu w Polsce.
Fot. NIL
- NRL domaga się rozszerzenia zakazu sprzedaży alkoholu poza miejscem konsumpcji w godzinach nocnych na cały kraj
- W naszym kraju wstydem nie jest picie alkoholu, ale wstydem jest leczenie się z alkoholizmu
- Potrzebne byłoby narzędzie na kształt karty DiLO, która prowadziłby pacjenta uzależnionego przez kolejne etapy leczenia
- W przestrzeni publicznej tworzy się fałszywą dychotomię: z jednej strony wolność (również do upijania się) kontra ograniczenia tejże wolności
- Argument „wolnościowy” miałby sens, gdyby każdy indywidualnie finansował swoje leczenie
Trwają ponowne konsultacje publiczne rządowego projektu nowelizacji ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi. Pierwsza wersja była konsultowana w marcu, ale napłynęło do niej tak wiele uwag, że zdecydowano o ponownym procedowaniu. Ministerstwo Zdrowia wpisało do projektu ustawy zakaz sprzedaży alkoholu na stacjach benzynowych, ale również w zakładach i podmiotach leczniczych (chodzi przede wszystkim o sanatoria). Doszły także propozycje w zakresie dostępności napojów alkoholowych oraz ich sprzedaży na odległość (będzie możliwa wyłącznie dla przedsiębiorców posiadających stosowne zezwolenie). Projekt zwiększa także wymiar kary finansowej za nielegalną reklamę i promocję alkoholu (od 20 tys. zł do 750 tys. zł). Nie ma natomiast – przynajmniej na razie – ogólnokrajowego zakazu sprzedaży alkoholu w sklepach w godzinach nocnych. Takie rozwiązanie jest dostępne dla samorządów lokalnych i wprowadzane w coraz większej liczbie gmin (w ostatnich tygodniach o nocnej prohibicji – nazwa o tyle myląca, że sprzedaż w nocy jest możliwa w lokalach – było głośno w Warszawie, spór zakończył się pilotażem rozwiązania w dwóch centralnie położonych dzielnicach stolicy).
Jak mówił prezes Naczelnej Rady Lekarskiej Łukasz Jankowski, celem zmian jest realne ograniczenie dostępności alkoholu oraz przeciwdziałanie jego normalizacji w życiu społecznym, co jest zgodne ze stanowiskiem WHO, która rekomenduje ograniczanie dostępności alkoholu jako jedno z najskuteczniejszych działań zdrowotnych. Szef lekarskiego samorządu przypomniał, że NRL domaga się rozszerzenia zakazu sprzedaży alkoholu poza miejscem konsumpcji w godzinach nocnych na cały kraj, bo doświadczenia zarówno innych krajów, jak i polskie są wyłącznie pozytywne, przede wszystkim w zakresie porządku publicznego i bezpieczeństwa, w tym bezpieczeństwa na szpitalnych oddziałach ratunkowych i izbach przyjęć.
Dr Magdalena Flaga-Łuczkiewicz, pełnomocniczka ds. zdrowia lekarzy i lekarzy dentystów OIL w Warszawie, specjalistka psychiatrii podkreślała, że każda ilość wypitego alkoholu zwiększa ryzyko uzależnienia w przyszłości. – Widzimy uzależnienie, ale nie widzimy innych problemów zdrowotnych, jak na przykład depresja czy stany lękowe, które mogą być pierwotne i zwiększyć ryzyko uzależnienia, ale mogą być też wtórne i prowadzić do uzależnienia. Czasem jest to bardzo trudno rozgraniczyć – podkreślała przypominając, że w państwach, gdzie doszło do ograniczenia spożycia alkoholu, zmniejszyła się liczba agresywnych czynów, w tym przypadków przemocy domowej. – Alkohol to toksyna, która nas „odhamowuje”, czyli te zachowania agresywne, impulsywne występują częściej. Chodzi nam o to, aby ograniczyć impuls sięgania po alkohol. Utrudnienie dostępu do alkoholu ograniczy jego spożycie, są na to twarde dowody.
Jak dodała, alkohol jest tak samo groźny jak narkotyki, z tą różnicą, że jest społeczne i organizacyjne przyzwolenie na jego spożywanie. – W naszym kraju problemem jest też to, że wstydem nie jest picie alkoholu, ale wstydem jest leczenie się z alkoholizmu.
Wątpliwości w sprawie konieczności ograniczenia dostępu do alkoholu i korzyści płynących z tego rozwiązania nie ma również prof. Leszek Czupryniak. – Szacuję, że jedna czwarta, a może nawet jedna trzecia pacjentów hospitalizowanych w naszym szpitalu trafia tam dlatego, że przewlekle piją alkohol – mówił specjalista chorób wewnętrznych i diabetologii, kierownik Kliniki Diabetologii i Chorób Wewnętrznych Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego. Nie chodzi jednak o znanych z SOR-ów pacjentów z wysokim stężeniem alkoholu we krwi, ale pacjentów z poważnymi somatycznymi, choć nie tylko, uszkodzeniami organizmu: marskością wątroby w różnych stadiach czy ostrym zapaleniem trzustki. – Co roku mamy kilka zgonów młodych osób z powodu ostrego zapalenia trzustki albo toksycznego uszkodzenia wątroby. Narodowy Fundusz Zdrowia wydaje na leczenie tych pacjentów miliardy złotych. Jeśli jedna czwarta z tysiąca łóżek w szpitalu jest zajęta przez osoby z chorobami wynikającymi z picia alkoholu, to pokazuje skalę problemu – podkreślił prof. Czupryniak.
Ogromnym problemem jest to, że po zakończeniu leczenia ostrej fazy choroby nie ma żadnej oferty dla takich pacjentów. – Ratujemy ich życie, stabilizujemy stan zdrowia, ale potem często nie ma dokąd ich odesłać. Oddziałów odwykowych jest za mało. Potrzebne byłoby narzędzie na kształt karty DiLO, która prowadziłby pacjenta uzależnionego przez kolejne etapy leczenia – mówił.
Nie pomagają też sami pacjenci z chorobą alkoholową, którzy twierdzą, że po pomoc się zgłoszą, jak „będą mieć problem z alkoholem”. – W krajach skandynawskich, gdzie alkohol jest droższy i trudniej dostępny, spożycie jest mniejsze. Ograniczenia takie jak nocna prohibicja mogą poprawić porządek publiczny, ale nie rozwiążą problemu nadużywania alkoholu. Kluczowa jest indywidualna odpowiedzialność i edukacja – tłumaczył ekspert, zaznaczając, że nie jest zwolennikiem całkowitego zakazu sprzedaży alkoholu, bo to rozwiązanie zostało negatywnie zweryfikowane w czasie amerykańskiej prohibicji.
Dr Maria Libura, ekspertka ds. zdrowia publicznego podkreślała, że zakazu nocnej sprzedaży detalicznej nie powinno się wręcz nazywać prohibicją, bo nie ma on z nią nic wspólnego. Za rozwiązaniem tym stoją dane, które pokazują, że ograniczenie zakupów dokonywanych pod wpływem impulsu zmniejsza nadużywanie alkoholu, substancji psychoaktywnej, która wpływa na ocenę sytuacji i podejmowanie ryzykownych decyzji, nawet u osób pijących okazjonalnie.
Dr Libura wskazała, że w przestrzeni publicznej tworzy się fałszywą dychotomię: z jednej strony wolność (również do upijania się) kontra ograniczenia tejże wolności. – W rzeczywistości alkohol odbiera wolność, uzależnia i utrwala społeczne nierówności – powiedziała dr Libura, zwracając uwagę, że koszty społeczne i zdrowotne najbardziej dotykają osoby uboższe, które tracą pracę, zdrowie, kontrolę nad swoim życiem. Ekspertka podkreślała również, że argument „wolnościowy” miałby sens, gdyby każdy indywidualnie finansował swoje leczenie. Tak jednak nie jest, bo obowiązuje system solidarnościowy, co oznacza, że państwo ma nie tylko prawo, ale wręcz obowiązek wprowadzania rozwiązań, które redukują lub mogą redukować koszty.
Koszty te są policzalne. Anna Gołębicka, ekonomistka, członkini Rady Narodowego Funduszu Zdrowia podkreślała, że przychody budżetu z tytułu akcyzy od alkoholu wynoszą – wliczając sprzedaż piwa – ok. 13-14 mld zł. Tymczasem koszty i utracone korzyści (do których wlicza się choćby przedwczesne zgony czy czas niezdolności do pracy), według raportu z 2024 roku sięgnęły 185 mld zł. Ekspertka zwróciła uwagę, że w tej sytuacji nie można używać argumentu, że ograniczenie sprzedaży alkoholu pogrąży finanse publiczne.
Samorząd lekarski zapowiada, że opracowane rekomendacje i wnioski płynące z debaty przekaże do Ministerstwa Zdrowia jako głos w konsultacjach nad projektem i dyskusji o polityce ograniczania dostępności alkoholu w Polsce.