O zdrowiu powinniśmy mówić ponad politycznymi podziałami – to stwierdzenie przewijało się w licznych dyskusjach podczas jesiennego maratonu systemowych konferencji. Realia pokazują, że nic bardziej mylnego: właśnie obserwujemy, jak tematy zdrowotne wrzucane są do wrzącego tygla, pod który podkładane są kolejne porcje paliwa.

Fot. MZ
Na pierwszej linii – prezydent Karol Nawrocki. Pisaliśmy o planach zwołania Rady Gabinetowej, o zapowiedzi złożenia „konkurencyjnego” projektu nowelizacji ustawy o Funduszu Medycznym i możliwym (prawdopodobnym) wecie do ustawy rządowej, a także o tym, że przed ewentualną Radą Gabinetową prezydent chce wysłuchać strony społecznej. W środę dojdzie do jednego z takich spotkań – Karol Nawrocki ma się spotkać z przedstawicielami samorządu lekarzy i lekarzy dentystów.
Tematem rozmów ma być ostry kryzys w obszarze ochrony zdrowia. Nie ulega wątpliwości, że jest o czym rozmawiać, choć stroną tych rozmów raczej powinien być rząd. Nie jest winą lekarzy, że rząd rozmawiać z nimi najwyraźniej nie chce. Na poziomie roboczym między samorządem a resortem zdrowia dialog zamarł już jakiś czas temu. Prezes Naczelnej Rady Lekarskiej apelował o spotkanie również do premiera Donalda Tuska – bez odzewu. I nie wszystko można wytłumaczyć tym, że w ostatnich dniach i godzinach szef rządu zajmuje się tematem rosyjskiej dywersji.
Prezydent zapraszając lekarzy do stołu pokazuje otwartość i stwarza sobie okazję do punktowania rządu. Problem w tym, że – o czymkolwiek by w Pałacu Prezydenckim nie rozmawiano, jak bardzo państwotwórcze i korzystne dla systemu wnioski z tej rozmowy by nie płynęły – główny przekaz będzie dokładnie taki: prezydent dobry, rząd – zły. A to od rządu, cały czas, zależą konkretne rozwiązania, kształtujące rzeczywistość (i niekoniecznie wymagające zmian ustawowych, na które musi zgodzić się głowa państwa).
Przykładem takich rozwiązań są choćby wynagrodzenia: we wtorek ruszyły rozmowy plenarne w Trójstronnym Zespole ds. Ochrony Zdrowia na temat zmian w ustawie o wynagrodzeniach minimalnych pracowników ochrony zdrowia. Ruszyły, mimo że strona związkowa po pół godzinie opuściła salę obrad, protestując przeciw nieobecności na posiedzeniu przedstawiciela Ministerstwa Finansów. Resort Andrzeja Domańskiego co prawda nie wysyłał przedstawicieli również na wcześniejsze posiedzenia, co nie raz było przez partnerów społecznych krytykowane, ale tym razem przed posiedzeniem związki zawodowe i organizacje pracodawców apelowały, by jednak „ktoś” z resortu finansów się stawił – ze względu na olbrzymie napięcia finansowe, w jakich działa i będzie działać w najbliższych tygodniach system. Brak odzewu został odebrany jak lekceważenie. Pracodawcy dali wyraz dezaprobacie werbalnie, ale przy stole pozostali, związki zawodowe – demonstracyjnie wyszły.
Ta linia podziału nie jest zaskakująca: 2 grudnia odbędzie się kolejne spotkanie Zespołu i można się spodziewać, że strona pracownicza część propozycji odrzuci w całości i od razu, a część – po pewnym namyśle, ale też odrzuci. Pracodawcy, o czym pisaliśmy we wtorek, chcą propozycje zmian modyfikować, ale generalnie widzą potrzebę ich wprowadzenia (trudno się dziwić, skoro duża część tych propozycji wyszła właśnie spod ręki ekspertów organizacji pracodawców i została przez nie formalnie zaakceptowana). Można się zastanawiać, czy w sytuacji jednoznacznego odrzucenia przez centrale związkowe propozycji zmian w ogóle przybiorą one formę projektu ustawy, jednak nie można zapominać, że zmiany w obszarze wynagrodzeń rząd może przeprowadzić bez formalnych zmian przepisów ustawowych. To kwestia wdrożenia kolejnej odsłony podwyżek i wybór odpowiedniego wariantu, a także, być może, zmiana metody przekazywania środków finansowych. Ograniczenie podwyżek tylko do pracowników zatrudnionych na podstawie umowy o pracę, zarabiających mniej niż określone w ustawie minimum, zbija koszty realizacji ustawy o ponad połowę. A jeśli na to NFZ nałożyłby decyzje o deregulacji wymogów kadrowych, stawianych świadczeniodawcom, zrewidowałoby wyceny (te działania są już zapowiedziane), a Ministerstwo Zdrowia przeglądnęłoby (krytycznie) listę świadczeń nielimitowanych – efekt, z punktu widzenia kosztów pracy, mógłby być zbliżony do skali oszczędności spodziewanej po nowelizacji ustawy.
To nie są rekomendacje, tylko prognoza, z której jedno wynika bardzo jasno: niezależnie od metody wdrożenia zmian, ich skutkiem musi być ograniczenie dostępu do części świadczeń (na przykład operacji planowych). Bo, na końcu drogi, nie chodzi o to, by „nowe” pieniądze, jakie trafiają do systemu, wydawać inaczej (jak lubią mówić politycy, „by trafiały one do pacjenta”), lecz by te wymuszone kosztami pracy pieniądze w systemie pojawiać się nie musiały. By wystarczył przewidywany na etapie planowania budżetu „wzrost finansowania w ujęciu rocznym”. Ten zaś co najwyżej wystarczy na pokrycie obecnego poziomu kosztów pracy i ewentualnie niewielkie korekty wolumenu świadczeń i dostosowywanie go do rosnących potrzeb zdrowotnych społeczeństwa, przy czym tempo owego dostosowywania nie będzie nadążać za samym wzrostem. Aby było inaczej, potrzebne byłyby decyzje bardziej radykalne, politycznie niemożliwe do podjęcia.
Trudno się dziwić, że pacjenci są zaniepokojeni równie mocno jak strona pracownicza: we wtorek kilkadziesiąt organizacji skupiających pacjentów zaapelowało o zorganizowanie nadzwyczajnego posiedzenia Komisji Zdrowia z udziałem ministrów zdrowia oraz finansów. – Kryzys finansowy w ochronie zdrowia pogłębia się od wielu miesięcy, a w ostatnich tygodniach staje się coraz bardziej odczuwalny dla pacjentów. Organizacje wskazują, że w wielu ośrodkach odwoływane są zabiegi, a część szpitali ma poważne trudności z realizacją programów lekowych. Przykładem jest sytuacja w Uniwersyteckim Centrum Klinicznym Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, gdzie – jak relacjonują pacjenci – planowe przyjęcia przesuwane są na przyszły rok – uzasadniają swój apel. Przedstawiciele pacjentów mają świadomość, że jeśli w systemie nic się nie zmieni, ich sytuacja może się tylko pogarszać. Chcieliby mieć jednak – zapewne – przekonanie, że jeśli zmiany zostaną wprowadzone, ich sytuacja również się nie pogorszy, tylko – inaczej.