Czy pani minister jest gotowa opuścić posiedzenie Naczelnej Rady Lekarskiej i powiedzieć, że to nie lekarze są winni kryzowi w ochronie zdrowia, a zarobki powyżej 100 tys. zł to zjawisko marginalne? Czy resort planuje wprowadzanie zmian w zasadach wynagradzania i zatrudniania lekarzy? – pytał minister zdrowia, która wzięła udział w piątkowym posiedzeniu Naczelnej Rady Lekarskiej, prezes NRL Łukasz Jankowski.

Fot. x.com/MZ_GOV_PL
- Przez prawie cztery miesiące kontakty resortu z samorządem nie były, mówiąc oględnie, intensywne, a w ostatnich tygodniach napięcie tylko eskalowało
- MZ podkreśla, że propozycja resortu, jeśli chodzi o wynagrodzenia, dotyczy zmian w ustawie o wynagrodzeniach minimalnych
- Propozycja CAP wypłynęła od Solidarności. Za wcześnie jest mówić, że rozwiązania zostały wypracowane – zaznacza MZ
- Nie jest do końca tak, że propozycje dotyczące kontraktów lekarskich obejmują wyłącznie CAP
- Kwoty, jakie padły w kontekście górnego limitu zarobków lekarzy kontraktowych, to nie są propozycje jednego związku
- 2 grudnia rozmowy w Trójstronnym Zespole nie staną się po ostatnich wypowiedziach MZ ani o jotę łatwiejsze
- Konieczność korekty kursu ws. kontraktów mieli wyjaśnić posłom koalicji rządzącej dyrektorzy szpitali powiatowych
- MZ potwierdza, że trwają intensywne prace nad zmianą wycen, co ma rozwiązać problem ogromnego rozrzutu wynagrodzeń lekarskich
To pierwsze osobiste spotkanie minister zdrowia z Naczelną Radą Lekarską (na wrześniowym posiedzeniu minister połączyła się jedynie zdalnie przez kilka minut z powodu choroby). Przez prawie cztery miesiące kontakty resortu z samorządem nie były, mówiąc oględnie, intensywne, a w ostatnich tygodniach napięcie tylko eskalowało.
– Naczelna Rada Lekarska pokazała otwartość na dialog z Ministerstwem Zdrowia, tak jak cały czas deklarowaliśmy. Usłyszeliśmy wiele deklaracji i zapowiedzi, w tym zapowiedź dotyczącą braku zmian w kontraktach, ale również np. porządkowania obszaru prawa wykonywania zawodu, tak by usunąć tryby warunkowe, czy wprowadzenia klauzuli wyższego dobra do systemu prawnego. Przyjmujemy te deklaracje, ale będziemy monitorować i oceniać postępy w realizacji – powiedział nam po posiedzeniu NRL prezes Łukasz Jankowski.
Co konkretnie usłyszeli lekarze? Minister podkreśliła, że propozycja resortu, jeśli chodzi o wynagrodzenia, dotyczy zmian w ustawie o wynagrodzeniach minimalnych. – Naszą propozycją jest zmiana wskaźnika w ustawie o minimalnym wynagrodzeniu i przesunięcie o pół roku okresu rozliczeniowego. To są propozycje Ministerstwa Zdrowia – stwierdziła Sobierańska-Grenda.
– Toczy się dialog z Zespołem Trójstronnym o minimalnym wynagrodzeniu, gdzie pokazaliśmy wszystkie propozycje w tej sprawie. Nie ma tak, że jest jedna propozycja Ministerstwa Zdrowia. Zbieraliśmy za to propozycje, które do nas wpłynęły. Naszym głównym zadaniem jest wypracowanie kompromisu. Propozycja CAP wypłynęła od Solidarności, podobnych propozycji wpłynęło ponad sto. Za wcześnie jest mówić, że rozwiązania zostały wypracowane – mówiła.
To nie pierwszy raz, gdy minister i wiceminister zdrowia Katarzyna Kęcka, która odpowiada za dialog społeczny i prowadzi rozmowy w Trójstronnym Zespole, podkreślają „społeczny” charakter propozycji, jakie stanowią w tej chwili kanwę rozmów. Problem w tym, że systematyzując je i przedstawiając jako obszary do rozmów, resort – przynajmniej tak się mogłoby wydawać – wziął za nie odpowiedzialność.
Zwłaszcza że nie jest do końca tak, że propozycje dotyczące kontraktów lekarskich obejmują wyłącznie CAP. To przecież chociażby kwestia narzucenia minimalnego wymiaru umowy kontraktowej (odpowiednik jednej drugiej etatu) czy jednolitego wzoru umowy kontraktowej, co również zostało ujęte w propozycjach i stanowiło przedmiot rozmów. Te dwa rozwiązania przedstawiało już – jako swoje propozycje – poprzednie kierownictwo resortu zdrowia.
Również konkretne kwoty, jakie padły w kontekście górnego limitu zarobków lekarzy kontraktowych (ok. 38 tys. zł jako maksymalna stawka podstawowa, 48 tys. zł jako wariant „premium”), to nie są propozycje jednego związku zawodowego. Last but not least – o tym rozwiązaniu od ponad roku publicznie mówili (i mówią) nie tylko partnerzy społeczni, ale również na przykład najwyżsi przedstawiciele płatnika.
Jedno jest pewne: 2 grudnia rozmowy w Trójstronnym Zespole nie staną się po ostatnich wypowiedziach minister zdrowia ani o jotę łatwiejsze. Centrale związkowe (wszystkie, nie tylko Solidarność) jako wstępny, konieczny warunek do rozpoczęcia jakichkolwiek rozmów na temat zmian w ustawie o wynagrodzeniach minimalnych (choćby o terminie przesunięcia podwyżek na styczeń, co oznaczałoby zamrożenie płac w 2026 roku) stawiały właśnie kwestię „ruszenia” – czytaj: ograniczenia – kontraktów lekarskich.
Ministerstwo Zdrowia jest więc między młotem a kowadłem. Tylko że, jak słyszymy, to nie stanowisko lekarzy jest największym problemem. Konieczność „lekkiej” korekty kursu w sprawie kontraktów mieli wyjaśnić posłom koalicji rządzącej (nie tylko Koalicji Obywatelskiej) dyrektorzy szpitali powiatowych, równie poważnie jak sami lekarze zaniepokojeni konsekwencjami wprowadzenia propozycji, które resort zdrowia poddał pod dyskusję. – Nie ma znaczenia, kto jest ich autorem, dla wielu szpitali to pocałunek śmierci – usłyszeliśmy w jednym z klubów parlamentarnych.
Dyrektorzy szpitali przekonali organizacje pracodawców, by w ramach prac w Trójstronnym Zespole zaproponowały wprowadzenie kilkuletniego okresu przejściowego na wprowadzenie zmian w kontraktach.
Gdy przed tygodniem rozmawialiśmy na ten temat z wiceprezesem NFZ Jakubem Szulcem, stwierdził on jednoznacznie: – Obawiam się, że my tych kilku lat najzwyczajniej w świecie nie mamy. Oczywiście wiem, dlaczego dyrektorzy szpitali taki wniosek składają czy zamierzają złożyć, ale to jest ten zakres reorganizacji systemu ochrony zdrowia, który jest absolutnie palący i myślę, że wszyscy interesariusze systemu zdają sobie z tego sprawę. Jeśli w każdym szpitalu w Polsce będziemy wykonywać wszystkie możliwe procedury, to ani nie polepszymy sytuacji zdrowotnej Polaków, ani nie poprawimy sytuacji finansowej szpitali. Bo w tej chwili jednym z głównych problemów systemu, i to problemów leżących po stronie placówek medycznych bardziej niż płatnika, są jednostkowe, wysokie wynagrodzenia części lekarzy. Jest to wprost związane z konkurowaniem o tę samą pulę specjalistów.
Szulc stwierdził, że „należałoby pogratulować Ministerstwu Zdrowia trafnej diagnozy i propozycji”, skoro dyrektorzy obawiają się, że to zmiany w zasadach kontraktowania pracy lekarzy, a nie ustawa o szpitalnictwie przesądzą o konieczności restrukturyzacji i konsolidacji placówek, bo część placówek zostanie dosłownie odcięta od możliwości zatrudniania specjalistów.
Jeśli nawet resort zdrowia całkowicie porzuca (lub, jak zapewniają minister i wiceminister zdrowia, traktuje to jako pole do dialogu a nie dogmat) myśl o zmianach w kontraktach, nie znaczy to, że dla lekarzy na kontraktach nic się nie zmieni. Nawet jeśli – jak zapowiada wywiad z Katarzyną Kęcką w „Rynku Zdrowia” – Ministerstwo Zdrowia uznaje, że jest ważniejsze, „by waloryzacja była oparta na wzroście płac w sferze budżetowej. To oznaczałoby dynamikę na poziomie ok. 3 proc. a nie 14 proc.”.
Minister zdrowia potwierdziła, że trwają intensywne prace nad zmianą wycen – o nich również mówił w wywiadzie wiceprezes NFZ – co ma rozwiązać problem ogromnego rozrzutu wynagrodzeń lekarskich, czyli kominów, sięgających stu i więcej tysięcy złotych miesięcznie. Ale eksperci uważają, że choć zmiana wycen jest kluczowa, to do osiągnięcia takiego efektu konieczne może się okazać przywrócenie limitów w części świadczeń (oczywiście – planowych) przy jednoczesnym jasnym i konsekwentnym stosowaniu (poprzedzonym precyzyjną komunikacją) stawek degresywnych przy pojawieniu się nadwykonań. Takie decyzje w jednoznaczny sposób ograniczyłyby zapotrzebowanie na wykonujących określone procedury, co w oczywisty sposób przełożyłoby się na wysokość kontraktów.
Piątkowe posiedzenie Naczelnej Rady Lekarskiej było częścią rozpoczętego tego samego dnia Światowego Zjazdu Polonijnych Środowisk Medycznych.