O tym, że w polityce odpowiedzialność – w tym odpowiedzialność za słowa – odgrywać powinna pierwszoplanową rolę, a w polskich realiach (zbyt) często jedynie statystuje, wiemy nie od dziś, a jednak ciągle trudno nie być pod wrażeniem, gdy podczas posiedzenia komisji, wysoki urzędnik państwowy w randze podsekretarza stanu stosuje argumentację rodem ze spotkań towarzyskich.
Fot. Sławomir Kamiński / Agencja Wyborcza.pl
- Największe portale informacyjne od piątku nazywają wynik głosowania w sprawie depenalizacji pomocnictwa w aborcji mianem „sensacji”
- Zaskoczeni mogą być tylko ci, którzy nie śledzili zbyt dokładnie (albo wcale) prac w Sejmie przy okazji pierwszego czytania
- Wygrana – nawet o włos – mogłaby być dowodem sprawczości koalicji w przeprowadzaniu zmian, nawet takich, wokół których nie udało się zbudować jednolitego stanowiska
- Informując, że ministerstwo weźmie pod lupę nadmiernie wykonywane świadczenia nielimitowane, Jerzy Szafranowicz miał najwyraźniej atak nadszczerości
- Sprowadzanie problemu systemowego do niskich pobudek indywidualnych było wyjątkowo mocnym momentem debiutu nowego wiceministra zdrowia w Sejmie
- Prezydium NRL zwróciło się z pytaniem do minister zdrowia, czy jej zastępca prezentował oficjalne stanowisko resortu – co powinien robić, występując w imieniu MZ na posiedzeniu Komisji Zdrowia
- Czy minister zdrowia na pewno chciała powiedzieć, że konsultanci krajowi, którzy nie będą wystarczająco chętni do wykazania się powolnością wobec sugestii MZ, zostaną wymienieni?
- Minister zdrowia nie ukrywa, że to cięcia po stronie kosztowej, na poziomie poszczególnych placówek – mają zrównoważyć ich budżety
Największy brak zaskoczenia. Fiasko w sprawie depenalizacji aborcji. Największe portale informacyjne od piątku nazywają wynik głosowania w sprawie depenalizacji pomocnictwa w aborcji mianem „sensacji”. Głosowania przegranego przez zwolenników projektu, choć – warto przypomnieć – nie przez koalicję rządzącą. Projekty ustaw, dotyczące zmian w przepisach aborcyjnych nie tylko nie są projektami rządowymi, ale nawet nie została wokół nich uzgodniona żadna – podkreślmy raz jeszcze – żadna umowa koalicyjna. Polskie Stronnictwo Ludowe zachowało się w tej sprawie dokładnie tak, jak zapowiadało od października 2023 roku – nie poparło zmiany, prowadzącej (w ocenie ludowców) do rozluźnienia przepisów antyaborcyjnych. Jednocześnie PSL nie wprowadziło dyscypliny, więc cztery posłanki zachowały się inaczej i projekt poparły. Zaskoczeni mogą być tylko ci, którzy nie śledzili zbyt dokładnie (albo wcale) prac w Sejmie przy okazji pierwszego czytania i być może ich czujność uśpiła dość wysoka przewaga, z jaką komisja nadzwyczajna poparła projekt, rekomendując Sejmowi jego przyjęcie. Przewaga wynikająca z nieobecności dużej grupy członków tejże komisji.
W piątek, na kilka godzin przed głosowaniem w podcaście podsumowującym wydarzenia tygodnia (a w zasadzie dwóch tygodni, zgodnie z wakacyjnym rytmem emisji), komentowaliśmy, że bardzo dużo będzie zależeć od frekwencji. Zależało, tak naprawdę, wszystko. Donald Tusk skupił się na wyciąganiu konsekwencji wobec dwóch posłów, którzy nie głosowali – jednym z nich jest personalnie bardzo ważny dla premiera Roman Giertych. Jednak czy premier powinien bardzo mocno uderzyć się we własną pierś i szczerze odpowiedzieć (sobie przede wszystkim), czy zrobił wystarczająco dużo (czyli po prostu wszystko), by przekonać zasiadających w rządzie ludowców, czego dotyczy to głosowanie?
– To nie było zwyczajne głosowanie – skomentował post factum Tusk w mediach społecznościowych, demonstrując gniew, wręcz wściekłość, na swoich posłów. Trudno zresztą zakładać, że Roman Giertych nie wiedział, o czym dokładnie jest to głosowanie, więc gniew jest w pełni uzasadniony.
Głosowanie nad projektem nowelizacji Kodeksu karnego, dotyczącym depenalizacji i dekryminalizacji pomocnictwa w przerwaniu ciąży nie było bowiem o aborcji i jej legalizacji. Przywołując słowa prezesa PiS sprzed około roku – w Polsce aborcje wykonuje się „na każdym rogu w Warszawie i w wielu innych miejscach też i nikt za to nie ściga” – i nawet jeśli nie jest to do końca prawda, bo przypadki ścigania się oczywiście zdarzają, dość wiernie oddaje to rzeczywistość, której częścią nie tylko są aborcje (w znakomitej większości farmakologiczne, dokonywane na wczesnym etapie ciąży), ale też – fasadowość przepisów Kodeksu karnego. Państwo polskie, utrzymując fikcję, ośmiesza się i osłabia swój autorytet. To ważne, by państwo przestało utrzymywać fikcję, ale piątkowe głosowanie nie było jednak niemal wcale, merytorycznie, o tym. Nie mogło być, skoro posłowie mieli świadomość nieuchronności prezydenckiego weta. Uchwalenie ustawy mogłoby być jedynie symbolicznym gestem nie tylko wobec elektoratu KO i Lewicy, jak przedstawiali to przez wiele miesięcy posłowie obu klubów Trzeciej Drogi. Również duża część elektoratu obu klubów Trzeciej Drogi (choć wyraźnie mniejsza PSL) oczekuje zmian. Nie pustych gestów, oczywiście – ale nie ma wątpliwości, że rozczarowanie decyzją Sejmu jest potężne. Wygrana – nawet o włos – mogłaby być dowodem sprawczości koalicji w przeprowadzaniu zmian, nawet takich, wokół których nie udało się zbudować jednolitego stanowiska. Mogłaby być dowodem politycznej dojrzałości projektu, już nadwyrężonego i rządzeniem, i wynikami wiosennych, podwójnych wyborów.
Głosowanie nad projektem miało wymiar wyłącznie polityczny – czego dowodem jest euforia, z jaką został powitany jego wynik w ławach Prawa i Sprawiedliwości. Fiasko projektu przyćmiło bowiem bezprecedensową decyzję Sejmu – a raczej blok decyzji – dotyczących uchylenia immunitetu i wyrażenia zgody na aresztowanie byłego wiceministra sprawiedliwości Marcina Romanowskiego w związku z zarzutami, jakie prokuratura postawiła mu jako osobie nadzorującej Fundusz Sprawiedliwości. Ale w tym samym dniu, o czym też nie można zapominać, opinia publiczna poznała pierwsze informacje dotyczące skali nieprawidłowości (daleko posunięty eufemizm) w Rządowej Agencji Rezerw Strategicznych. Nieprawidłowości, w które zaangażowani byli bardzo bliscy współpracownicy premiera Mateusza Morawieckiego. Jednak to właśnie głosowanie nad ustawą, która miała zerowe szanse na wejście w życie, nie tylko przesłania inne tematy, ale urasta do problemu, który może wpłynąć na być albo nie być całej koalicji. Wystarczyło czterech posłów, którzy zamiast głosować przeciw, nie wzięliby udziału w głosowaniu – zgodnie z etyką odpowiedzialności, od której politycy nie mogą abstrahować przy podejmowaniu decyzji.
Największe zaskoczenie. Poziom debaty. O tym, że w polityce odpowiedzialność – w tym odpowiedzialność za słowa – odgrywać powinna pierwszoplanową rolę, a w polskich realiach (zbyt) często jedynie statystuje, wiemy nie od dziś, a jednak ciągle trudno nie być pod wrażeniem, gdy podczas posiedzenia komisji, z którego stenogram będzie przecież – za jakiś czas – publikowany na stronach Sejmu, wysoki urzędnik państwowy w randze podsekretarza stanu stosuje argumentację rodem ze spotkań towarzyskich (bo przecież nawet nie kuluarów sejmowych).
Informując, że ministerstwo weźmie pod lupę nadmiernie wykonywane świadczenia nielimitowane, Jerzy Szafranowicz miał najwyraźniej atak nadszczerości, gdy dodał: – My, lekarze, lubimy pieniążki – tłumacząc, że specjalista może przyjąć pacjenta trzy razy, a może – piętnaście. Multiplikowanie przyjęć w ramach AOS jest znaną praktyką, przez lata wymuszaną przez system, czyli drastycznie zaniżone wyceny. Gdy pada pytanie o przyczyny słabej dostępności AOS, praktycy i eksperci przypominają, że problem mogłaby przynajmniej w dużym stopniu złagodzić właściwa wycena pierwszej (lub pierwszych dwóch) wizyt pacjenta u specjalisty. Taka, która z naddatkiem – oczywiście odpowiednio skalibrowanym – pozwoliłaby wykonać pełną diagnostykę i kompleksowo zaopatrzyć zdiagnozowanego pacjenta bez konieczności jego powrotów do gabinetu specjalisty.
Sprowadzanie problemu systemowego do niskich pobudek indywidualnych było wyjątkowo mocnym momentem debiutu nowego wiceministra zdrowia w Sejmie, więc trudno się dziwić natychmiastowej reakcji samorządu lekarskiego. Prezydium NRL zwróciło się z pytaniem do minister zdrowia, czy jej zastępca prezentował oficjalne stanowisko resortu – co powinien robić, występując w imieniu MZ na posiedzeniu Komisji Zdrowia. Lekarze zwrócili też uwagę, że informacje o rażącej skali multiplikowania wizyt, jako działaniu na szkodę pacjenta, powinny być przekazywane samorządowi lekarskiemu, tymczasem takich sygnałów nie ma.
To, że posłowie powinni trzymać poziom dyskusji i nie używać sformułowań typu „baba z targu”, jest również oczywistością. Tymczasem uczestnicy ostatniego posiedzenia, na którym opiniowano projekt planu finansowego NFZ mogli się tylko zastanawiać, do jakich jeszcze chwytów posunie się jedna i druga strona. I czy ktoś nad tym panuje?
Największy znak zapytania. Reformy szpitalnictwa. Czy minister zdrowia na pewno chciała powiedzieć, że konsultanci krajowi, którzy nie będą wystarczająco chętni do wykazania się powolnością wobec sugestii MZ, zostaną wymienieni, co tak bardzo przypomina czasy nieodległe, a słusznie minione, że aż trudno uwierzyć? Bo to jedno z ciekawszych stwierdzeń, jakie padło podczas piątkowego spotkania minister Izabeli Leszczyny z samorządowcami, podczas którego zaprezentowano koncepcję reform systemowych („Deregulacja. Transformacja. Odwracanie piramidy świadczeń”). Wartych odnotowania informacji było oczywiście znacznie więcej – na przykład prezes NFZ wyraźnie dał do zrozumienia, że szpitale powinny zweryfikować swoje podejście do wykonywania świadczeń ponad limit (w przypadku świadczeń limitowanych), również (a może przede wszystkim) w ryczałcie i podejmując decyzję brać pod uwagę swoją kondycję i płynność finansową, co oznacza, ni mniej ni więcej, sygnał, że wkrótce Fundusz zmieni zasady rozliczania tych świadczeń na dużo mniej korzystne dla szpitali.
W wersji optymistycznej będzie to element odwracania piramidy świadczeń – NFZ przestanie rozliczać nadwykonania w szpitalach, bo będzie stymulować przesuwanie ich do mniej kosztochłonnych form opieki, czyli przyjęć jednodniowych i AOS. Ale określenia „optymizm” i „reforma ochrony zdrowia” w ostatnich trzech dekadach tak rzadko szły ze sobą w parze, że trudno nie czytać tych zapowiedzi jako potwierdzenia tezy, która w ostatnich tygodniach wybrzmiewa coraz mocniej: pieniędzy nie ma, będą oszczędności. Minister zdrowia zresztą nie ukrywa, że to cięcia po stronie kosztowej, na poziomie poszczególnych placówek – mają zrównoważyć ich budżety.
W tym kontekście apel organizacji pacjentów oraz Porozumienia Rezydentów OZZL o powrót do dyskusji nad poziomem nakładów na zdrowie i wytyczenia nowego celu (8 proc. PKB w 2030 roku) można odczytywać, bez niewskazanego optymizmu, jak głos wołającego na puszczy. Bo w ostatnich latach eksperci wskazywali, że zmiany w systemie tylko wtedy będą mieć sens, gdy realnie podniesiemy poziom wydatków publicznych. Reformy nie mogą być „zamiast”. Samo podniesienie wydatków nie miałoby sensu, ale reformy bez odczuwalnego zwiększenia finansowania są w takim samym stopniu jego pozbawione.