PAP zwróciła się o informację, która od piątkowego komunikatu po rozmowach MZ i MF zajmuje wszystkich zainteresowanych sytuacją finansową systemu: w jaki sposób ok. 3,6 mld zł ma wystarczyć na pokrycie tegorocznej luki, skoro (po poprzednich dotacjach) może ona wynosić ok. 9 mld zł?
W czwartek w pobliżu siedziby MZ pojawiła się nowa odsłona baneru NIL. Fot. facebook.com/NaczelnaL
MZ ma odpowiedź: pierwotny niedobór w budżecie NFZ, szacowany na 14 mld zł, stanowił wartość maksymalną, co oznacza, że ostatecznie może okazać się niższy. Resort zdrowia podkreślił, że projekt nowelizacji ustawy o Funduszu Medycznym pozwoli na przekazanie NFZ jeszcze w 2025 r. dodatkowo 3,56 mld zł – ciągle jednak (do 14 mld zł) będzie brakować ok. 5,6 mld zł. – Będzie albo nie będzie – wynika z komunikatu resortu („może okazać się niższy”). Sęk w tym, że „może” okazać się wyższy – bo szacunki luki abstrahują od niedoboru po stronie spływu składki zdrowotnej (obecnie – 3,4 mld zł).
W tej chwili kluczowe są losy projektu nowelizacji ustawy o Funduszu Medycznym, który zwiększa limit określony na 2025 r. na finansowanie nadwykonań świadczeń udzielanych osobom do ukończenia 18. roku życia do 4,4 mld zł z obecnych 840 mln zł.
Projekt trafił w czwartek pod obrady Komitetu Stałego Rady Ministrów ze wskazówką pilnego procedowania – bez konsultacji publicznych, w trybie obiegowym. Czas nagli, bo Ministerstwo Zdrowia chce, by ustawa weszła w życie w połowie grudnia. Trudne, ale nie niemożliwe – pod warunkiem, że zgodzi się na to prezydent. Tu sytuacja jest skomplikowana. Jeszcze kilka tygodni temu można było zakładać, że Karol Nawrocki pójdzie na rękę rządowi: minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda ma bardzo dobre relacje z prezydenckim doradcą ds. zdrowia, prof. Piotrem Czauderną – podczas Forum Rynku Zdrowia demonstrowali wręcz jednomyślność w kluczowych dla systemu kwestiach – ale w tej chwili relacje na linii prezydent-rząd wyraźnie się zaostrzyły. Karola Nawrockiego może nawet nie przekonać umieszczona w ustawie „górka” finansowa dla Funduszu Medycznego (nowelizacja przewiduje przekazanie do roku 2029 dodatkowych środków w wysokości ponad 4,5 mld zł).
Ministerstwo Zdrowia uzasadnia nowelizację dwojako. Po pierwsze, zwraca uwagę na niewykorzystane środki w FM i opóźnienia w realizacji zadań. – Stan środków będących na rachunku Funduszu Medycznego według stanu na dzień 12 listopada 2025 r. wynosi blisko 7 mld zł i jest niewspółmiernie duży w stosunku do jego potrzeb – stwierdza. Z drugiej strony resort zwraca uwagę, że w 2024 r. NFZ dodatkowo sfinansował ze składek zdrowotnych tzw. świadczenia ponadlimitowe dla dzieci za blisko 2,4 mld zł. MZ zaznaczyło, że płatności nie zostały zrefundowane ze środków Funduszu Medycznego w związku z ustalonym w ustawie limitem. Z kolei w 2023 r. kwota niesfinansowanych świadczeń wyniosła 1,5 mld zł, a w 2022 r. blisko miliard złotych, zaś „intencją ustawodawcy na etapie tworzenia Funduszu Medycznego było objęcie finansowaniem z tego Funduszu wszystkich kosztów nadwykonań ww. świadczeń (…), tymczasem jak wyżej wykazano, określony w ustawie z dnia 7 października 2020 r. o Funduszu Medycznym limit jest znacząco zaniżony, co oznacza, że faktycznie większość kosztów nadwykonań przedmiotowych świadczeń finansowana jest ze środków własnych Narodowego Funduszu Zdrowia, a nie ze środków Funduszu Medycznego”.
O ile z drugim argumentem trudno polemizować – ta niespójność była wielokrotnie krytykowana w ostatnich latach – pierwszy, dotyczący zalegających na rachunkach FM kwot, musi budzić zdziwienie. Bo tylko w ostatnim roku – m.in. podczas posiedzeń Komisji Zdrowia poświęconych kwestiom finansów systemu ochrony zdrowia – posłowie i strona społeczna kilkakrotnie zadawali pytania dotyczące możliwości uruchomienia pieniędzy z Funduszu Medycznego, przekierowania ich na inne zadania. Odpowiedź była jedna: pieniędzy ruszać nie można, bo są rozdysponowane i czekają na wydanie w stosownym czasie. Przedstawiciele MZ podkreślali, że pieniądze w FM muszą się kumulować, bo wymaga tego charakter FM i założone do sfinansowania zadania inwestycyjne. – Na przykład w 2027 r. kwota, którą mamy zaplanowaną na finansowanie inwestycji planowanych do ogłoszenia i już ogłoszonych, przekracza wpłatę roczną na Fundusz. To by oznaczało, że gdybyśmy co roku fundusz zerowali, w 2027 r. nie bylibyśmy w stanie zapłacić nawet za wszystkie inwestycje, nie wspominając już o leczeniu za granicą dzieciaków, szczepionkach i zadaniach, które mamy z pozostałych funduszy finansowane – usłyszeli posłowie zaledwie w czerwcu podczas dyskusji nad wykonaniem budżetu za 2024 rok.
Zmiana na stanowisku ministra zdrowia zmieniła – jak widać – również podejście do tego, co robić można, a czego robić się nie powinno. Ale elastyczność w podejściu do rozmiaru luki finansowej, demonstrowana w ostatnich dniach, to zupełnie inna kwestia. Z czego może wynikać?
Jak wynika z naszych nieoficjalnych rozmów, w Koalicji Obywatelskiej „trwa dyskusja”, czy też „pojawiają się głosy”, że ostatnie tygodnie w obszarze ochrony zdrowia to porażka rządu na własne życzenie, bo o finansach systemu zaczęto mówić w kategoriach nieuchronnej klęski czy katastrofy, podczas gdy – zdaniem polityków, których opinie nam referowano – wcale nie jest tak tragicznie. – Minister zdrowia nie powinna mówić, że w systemie zabraknie konkretnej kwoty, tylko szukać pieniędzy na zastrzyki finansowe i pokazywać, że rząd dba o ochronę zdrowia – usłyszeliśmy. Publiczne przyznanie, że luka w systemie wynosi w tym roku 14 mld zł, uruchomiło wyobraźnię mediów i ośmieliło opozycję do kreowania atmosfery armagedonu, którego (trzeba podkreślić, według części polityków) nie ma. – Jest ciężko, ale w zdrowiu zawsze było ciężko – podsumowują.
W KO głośnym echem odbił się też wywiad, jakiego Jolanta Sobierańska-Grenda udzieliła miesiąc temu „Rzeczpospolitej”. Media wyłuskały z niego stwierdzenie: – Niemówienie o pieniądzach w ochronie zdrowia było błędem.
To pewne uproszczenie, bo minister zdrowia powiedziała więcej: – Mówiło się, że zdrowie to jest wartość bezcenna, że tu o pieniądzu nie mówimy. To był taki trochę temat tabu: „szpital nie może upaść, nic nie może upaść”. Ja się z tym nie utożsamiałam. Zawsze mówiłam, że owszem – zdrowie to jest wartość bezcenna, natomiast musimy za coś kupować leki, sprzęt, utrzymywać całą organizację, wypłacać wynagrodzenia. A to jest pieniądz. Niemówienie o nim w ochronie zdrowia było błędem.
Jednak politycy usłyszeli i zanotowali tylko końcówkę. I wielu z nich stwierdziło, że minister odnosi się do swojej poprzedniczki i to w jej stronę wręcz przypuszcza atak, choć Izabela Leszczyna tematu deficytu środków na zdrowie wcale nie unikała (na pewno nie od jesieni 2024 roku). Nie pozwalała jednak, by dominował on w dyskusji o systemie – co w tej chwili stało się faktem. Co więcej, Izabela Leszczyna jest oskarżana (przez opozycję i część mediów) wręcz o wywołanie największego od lat kryzysu w ochronie zdrowia, choć tylko realizowała zadania, jakie wyznaczył jej premier.
Tu zresztą jest sedno sprawy: MZ podając twarde dane dotyczące deficytu środków w NFZ (14 mld zł w tym roku, 23 mld zł w przyszłym) podważyło oficjalne stanowisko, płynące z rządu od blisko dwóch lat: „pieniędzy w systemie ochrony zdrowia jest coraz więcej i ma wystarczyć”. Piątkowy komunikat po rozmowach ministrów w to podejście się zresztą wpisuje.