Czy będzie Rada Gabinetowa poświęcona ochronie zdrowia? Między rządem a prezydentem RP znów mocno iskrzy na tle wymiaru sprawiedliwości, kolejnych wet do ważnych ustaw. Ochrona zdrowia będzie kolejnym polem otwartego konfliktu?

Fot. KPRM
Zupełny brak zaskoczenia/porażka. Edukacja zdrowotna. Z dużym opóźnieniem Ministerstwo Edukacji Narodowej podało informacje dotyczącą udziału uczniów w zajęciach z edukacji zdrowotnej. Nie ma zaskoczenia, jest źle: zapisanych pozostało ok. 30 proc. uczniów, przy czym frekwencja w szkołach ponadpodstawowych jest po prostu tragiczna – 7 proc. technika, 10 proc. licea ogólnokształcące. Tak jak przewidywaliśmy na początku roku, gdy tylko politycy ogłosili, że przedmiot będzie nieobowiązkowy, na „nie” zagłosowały wielkie miasta – frekwencja w tych największych jest niższa niż ogólnokrajowa. I choć minister edukacji twierdzi, że za klęskę frekwencyjną odpowiada Kościół, który przypuścił na przedmiot frontalny i nieuzasadniony atak, jest to zaledwie część prawdy. Być może wpływ biskupów i księży ma odzwierciedlenie w danych z Podkarpacia czy generalnie wschodniej Polski czy dla Małopolski, ale to wielkie miasta wydały werdykt: tam wpływy Kościoła raczej maleją.
Można zaklinać rzeczywistość (choć lepiej tego nie robić), ale odpowiedzialni za porażkę są autorzy tego rozwiązania, ci, którzy przeforsowali fakultatywność i ci, którzy się pod nią podpisali. Podczas październikowego Europejskiego Forum Nowych Idei była minister zdrowia Izabela Leszczyna mówiła zresztą wprost: „Politycy stchórzyli”. Zapewne nie miała na myśli Barbary Nowackiej, ale aż strach pomyśleć, kogo mogła mieć. Na pewno nie Władysława Kosiniaka-Kamysza, który przecież jako pierwszy już 12 stycznia ogłosił, że edukacja zdrowotna będzie fakultatywna. Może więc Rafała Trzaskowskiego, dzień później: „Uważam, że oczywiście edukacja zdrowotna jest potrzebna, ale powinna być dobrowolna; tutaj zdanie powinno zostać pozostawione rodzicom”. Albo nawet Donalda Tuska, 14 stycznia 2025: „Jestem raczej zwolennikiem, żeby w takiej sytuacji stawiać raczej na dobrowolność niż na przymus”.
MEN zapowiada dziś, że do końca marca przyszłego roku zapadną decyzje o obligatoryjności edukacji zdrowotnej od września 2026 roku. Takie resort ogłaszał plany, obiecując ewaluację przedmiotu (wraz z frekwencją)… Tylko – co tu ewaluować, z takimi wynikami? – Ten przedmiot jest po prostu potrzebny. W mojej opinii – niezbędny do prowadzenia działań profilaktycznych w szkołach – mówiła dziennikarzom w minionym tygodniu wiceminister Paulina Piechna-Więckiewicz. MEN to wie. Ministerstwo Zdrowia to wie. Zapewne wie to również Ministerstwo Sportu. Ale co z pozostałymi resortami i zapleczem politycznym?
Największe wyzwanie. Luka w NFZ. Premier Donald Tusk stanowczo zaprzeczył doniesieniom o odsyłaniu pacjentów onkologicznych przez szpitale. Szef rządu zapewnił, że placówki medyczne nie mają prawa tego robić, a minister zdrowia będzie reagować w każdym przypadku naruszenia tych zasad. Do tablicy poczuł się wywołany samorząd lekarski, którego przedstawiciele (choć nie tylko oni) używali przykładu pacjentów onkologicznych, zmuszonych szukać ośrodków, w których można w tym roku rozpocząć leczenie w programach lekowych. Zmuszonych dlatego, że w połowie listopada (i wcześniej) szpitale pacjentów już nie przyjmują.
– Zdajemy sobie sprawę, że MZ wydało zalecenie, że nie wolno przesuwać onkologicznych programów lekowych, ale sytuacja finansowa wielu szpitali jest bardzo zła. Skala przesunięć pacjentów w stosunku do planowych operacji czy nieonkologicznych programów lekowych faktycznie nie jest duża, ale niestety wedle naszych informacji nie jest zerowa. Mamy nadzieję, że Pana Premiera wypowiedź, że to nie będzie miało miejsca, faktycznie spowoduje, że żaden chory w Polsce nie będzie musiał tak długo czekać na włączenie do onkologicznego programu lekowego – napisała Naczelna Izba Lekarska na platformie X, załączając przykładowe screeny z informatora NFZ dotyczącego pierwszych wolnych terminów przyjęć w niektórych oddziałach onkologicznych i hematologicznych – wszystkie na 2026 rok. Niektóre z nich oferują terminy styczniowe, lutowe, ale są też i kwietniowe. I w takich właśnie oddziałach pacjenci onkologiczni i hematologiczni słyszą, że powinni starać się o przyjęcie w innym ośrodku – albo zapisać się na pierwszy dostępny termin.
Premier może o tym nie wiedzieć, ale pacjenci słyszeli to również rok temu – nie wszyscy, oczywiście. Niektórzy pacjenci spośród tych, którzy mieli pecha i ostateczną diagnozę, umożliwiającą rozpoczęcie konkretnej terapii, usłyszeli w ostatnich miesiącach roku. Czy pacjenci onkologiczni powinni być przyjmowani na leczenie bezzwłocznie? Oczywiście, że tak. Czy są?
Tu warto przypomnieć wypowiedź jednego z wysokich urzędników Ministerstwa Zdrowia, który miesiąc temu, podczas dyskusji poświęconej kardiologii (w której również, nota bene, pacjenci nie powinni czekać na wdrożenie leczenia) stwierdził, że „kardiologia nie jest w gorszej sytuacji niż inne obszary medycyny, na przykład onkologia” – a wymiana zdań dotyczyła właśnie sposobów udrożnienia dostępu do programów lekowych, konkretnie zaś, zwiększenia płynności ich finansowania, bez którego szpitale muszą limitować przyjęcia pacjentów, czego robić nie powinny.
Największy znak zapytania. Wynagrodzenia. „Mit biednych lekarzy z Polski obalony? FPP: Zachodni poziom życia medyków”. „Ile zarabiają lekarze w Polsce? Raport pokazuje prawdę”. I tak dalej, i tak dalej. W minionym tygodniu media żyły przez chwilę danymi z informacji, przygotowanej przez Federację Przedsiębiorców Polskich, porównującą zarobki lekarzy i pielęgniarek w Polsce do zarobków tych grup zawodowych w Wielkiej Brytanii, Danii i Norwegii. Wniosek? Polacy zarabiają wprawdzie mniej, ale jeśli wziąć pod uwagę siłę nabywczą, to może nawet więcej.
Środowisko lekarskie zawrzało – ale nie po raz pierwszy, ani nawet jedyny, również w ostatnich tygodniach. W dyskusjach na grupach lekarskich bardzo mocno pokutuje opinia, jakoby media uczestniczyły w nagonce na lekarzy, inspirowanej – a nawet finansowanej – przez rząd. I trzeba przyznać, że choć spiskowe teorie zwykle okazują się drogą donikąd, po serii takich materiałów (konkretnie to nagłówków) trudno w tym przypadku nie przyznać, że coś może być na rzeczy. Choćby ten pierwszy: „mit biednych lekarzy z Polski obalony”. Aby cokolwiek obalić, to musi najpierw istnieć, tu zaś górę wzięła wyobraźnia autora. Podobnie zresztą jak przy układaniu dalszej części tegoż nagłówka. Bo nawet jeśli zgodzimy się, że zarobki lekarzy zbliżają się poziomem do zachodnich (mowa o zarobkach średnich, nie skrajnych), to wynagrodzenia są tylko jednym z elementów współtworzących „poziom życia”. Polscy lekarze wciąż – pozostając jedynie przy aspekcie zawodowym – pracują więcej, niż ich koledzy w krajach Europy Zachodniej.
Jest ta nagonka na lekarzy? Inspirowana czy generowana samoistnie? – Znacząca część nowych środków, które trafiają do NFZ, jest przeznaczana na rosnące wynagrodzenia lekarzy. Celem naszego rządu jest to, aby te dodatkowe środki trafiały do pacjentów, na zwiększenie dostępności świadczeń – mówił w minionym tygodniu minister finansów i gospodarki Andrzej Domański, który przypominał, w kontekście rozmów, jakie zaczną się 18 listopada, że proponowany poziom maksymalnej stawki dla lekarza specjalisty, 48 tys. zł, to więcej niż zarabia prezydent, premier, nie mówiąc o ministrach.
Warte odnotowania. Rada Gabinetowa. Temat finansów w ochronie zdrowia, czy też raczej – kryzysu finansów – stał się politycznym lewarem, o czym pisaliśmy już w piątek. Bardzo szybko przyszło potwierdzenie, że prezydent Karol Nawrocki nie zamierza odpuścić możliwości grillowania rządu w tym obszarze – bo raczej w takich kategoriach trzeba rozpatrywać zapowiedź zwołania Rady Gabinetowej poświęconej dramatycznej sytuacji w ochronie zdrowia. Ta zapowiedź ma swój kontekst – między rządem i prezydentem trwa wymiana ciężkich ciosów, na tle przede wszystkim wymiaru sprawiedliwości, w tym odmowy podpisania nominacji dla kilkudziesięciu sędziów, którzy w przeszłości krytykowali działania PiS w obszarze sądownictwa. Ale pól konfliktu jest więcej i trudno zakładać, by Karol Nawrocki nie patrzył na ochronę zdrowia w podobnych kategoriach.
Zanim prezydent spotka się z rządem, zamierza – według naszych informacji – wysłuchać przedstawicieli strony społecznej. Jak szerokie będą to konsultacje? Do jakich wniosków będą prowadzić? Czy prezydent podzieli opinię swojego doradcy ds. ochrony zdrowia, który zdaje się podzielać nie tylko diagnozę Ministerstwa Zdrowia ale i podpsuje się pod przygotowywanymi rozwiązaniami?
„Prezydent powiedział, że po wysłuchaniu ministrów rządu Donalda Tuska nadal nie wie, jakie będą działania rządu w związku z żądaniami płacowymi pracowników służby zdrowia, ani jaki ma plan awaryjny na wypadek pogorszenia sytuacji. (…) Premier powiedział, że po posiedzeniu Rady ma wrażenie, że prezydent „nie chce pomagać” w kwestii służby zdrowia, a „raczej chciał pokazać swoją pozycję”. Tusk wyraził rozczarowanie tym zachowaniem prezydenta. Odczuwam lekki zawód – powiedział premier”. To nie kasandryczna przepowiednia, a fragment relacji z portalu wp.pl z połowy stycznia 2008 roku, po pierwszej Radzie Gabinetowej z rządem Donalda Tuska zwołanej przez ówczesnego prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Wtedy też, nota bene, sytuacja w ochronie zdrowia była dramatyczna, choć – zupełnie różna.