NRL wnioskuje do premiera o odwołanie wiceminister zdrowia. Zapalnikiem jest konflikt wokół kontroli prowadzonej w samorządzie lekarskim, ale sprawa ma dużo szersze tło i sprowadza się do jakości współpracy między resortem zdrowia a stroną społeczną. I nie chodzi tylko o lekarzy.
Minister zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda. Fot. MZ
Największe (mimo wszystko) zaskoczenie. Optymizm MZ. Kiedy wreszcie pacjentom w Polsce będzie lepiej? Nie jest łatwo, trzeba przyznać, sformułować akuratną odpowiedź na pytanie, z jakim przyszło się zmierzyć w ostatnich dniach minister Jolancie Sobierańskiej-Grendzie. Bo jak zareagować? „Trudno powiedzieć” – nie przystoi komuś, kto trzyma w ręku (prawie wszystkie) decyzje, mające wpływ na położenie pacjentów. Nawet jeśli ta odpowiedź byłaby najbliższa prawdy, trzeba szukać dalej. „Robimy wszystko, by pacjenci w jak najmniejszym stopniu odczuwali problemy finansowe systemu” – niby dobrze, ale nie do końca, bo przecież to pośrednie potwierdzenie, że jednak w jakiś sposób odczuwają lub odczuć mogą.
„No ja myślę, że już jest lepiej” – odparła minister w piątek na antenie TVN24. – I to, co robimy ze zdrowiem, i wprowadzamy dużo nowych terapii, wprowadzamy wiele nowych ścieżek terapeutycznych, porządkujemy system. Myślę, że naprawdę, że naprawdę odczuwalne dla pacjentów jest to już w tej chwili i jest wiele rzeczy przed nami, czyli te inwestycje, które niebawem będziemy oddawali w niektórych szpitalach z KPO, czyli 18 miliardów, które jednak w systemie zafunkcjonują – tłumaczyła.
Sugestia aż nadto czytelna: pacjentom jest już w tej chwili bardzo dobrze, a dziennikarze powinni (ewentualnie) pytać, kiedy będzie im jeszcze lepiej, a nie sugerować, że być może nie jest dobrze. Zresztą, czy pacjenci mają powody do narzekania? Co prawda po kilku tygodniach obowiązywania nowych zasad finansowania nadwykonań w diagnostyce kosztochłonnej widać, że duża część placówek – tu akurat bez zaskoczenia – przesuwa terminy badań „na NFZ” (choć minister zdrowia podkreśla, że nie trzeba tego robić, wystarczy renegocjować stawki ze specjalistami), ale za to sektor prywatny zawsze „frontem do pacjenta” oferuje kredyty 0 proc. na sfinansowanie kosztownych badań, jeśli kogoś nie stać na zapłacenie całej kwoty. To może być okazja życia (tak, sarkazm i angielski humor na granicy, niestety, dobrego smaku).
Zostawiając czarny humor na boku, trudno zaprzeczyć, że wszyscy, którzy interesują się sprawami ochrony zdrowia, czy to w wymiarze makro, czy są nimi zainteresowani w wymiarze mikro, bo albo sami albo, ich bliscy intensywnie korzystają ze świadczeń, tkwimy w przedziwnym stanie zawieszenia – kolejny już tydzień, wręcz miesiąc. Kurz po wniosku o wotum nieufności już opadł. Można było zakładać, że przed głosowaniem w Sejmie nic się nie wydarzy i intuicja nie zawiodła, nie było na przykład nowych zarządzeń prezesa NFZ w sprawie racjonalizacji wydatków (np. w sprawie AOS, zmiany były zapowiadane jeszcze pod koniec marca). Brak decyzji teraz tylko zwiększy siłę rażenia działań, jakie płatnik będzie podejmował wtedy, gdy na likwidację czy znaczącą redukcję luki finansowej (dziś 17-18 mld zł) zostanie nie dziewięć, ale na przykład pięć miesięcy. Im bliżej końca roku, tym wymuszone cięcia będą musiały być głębsze i bardziej drastyczne. Podejście oparte na wierze w MF, w to, że „dołoży, zawsze dokładało”, w tym roku może być – i prawdopodobnie jest – pułapką.
Największy znak zapytania. Recepta. O tym, że głównym problemem pozostają koszty pracy – a raczej konieczność zapanowania nad nimi – nikomu nie trzeba przypominać. – Przymierzamy się do tego, żeby określić procentową granicę budżetów szpitali, które są zakontraktowane w Narodowym Funduszu Zdrowia – zapowiedziała w tym samym programie minister zdrowia. Na wszystkie wynagrodzenia w szpitalu mogłoby być przeznaczone 60-70 proc. budżetu (a w tej chwili zdarzają się szpitale, które na koszty pracy wydają nawet 100 proc., zaś przedział 80-90 proc. w przypadku szpitali powiatowych nie należy do rzadkości).
Idea skądinąd słuszna, która z dużym prawdopodobieństwem, o ile by była konsekwentnie realizowana, mogłaby wydatnie pomóc w restrukturyzacji i konsolidacji szpitali. Sęk w tym, że o takim rozwiązaniu mówiono już jesienią 2025 roku, jako jednym z możliwych rozwiązań. Ministerstwo Zdrowia się jednak do tego nie „przymierzyło”, trzymając się, z konsekwencją godną lepszej sprawy, pomysłu przeprowadzenia zmian w ustawie podwyżkowej (z góry było przesądzone, że próba zakończy się fiaskiem i nawet jeśli trzeba było próbować, błędem było odłożenie dużo prostszych rozwiązań). Teraz jesteśmy w tym samym punkcie, czyli na etapie pomysłu (a przecież już podczas marcowego Kongresu Wyzwań Zdrowotnych minister Sobierańska-Grenda pytała przedstawicieli pracowników medycznych, co sądzą o wprowadzeniu takiego ograniczenia na poziomie budżetów szpitali). Jest połowa maja, a resort nadal się „przymierza”.
Na bardziej zaawansowanym etapie jest sprawa agregowania danych na temat umów zawieranych przez profesjonalistów medycznych „po PESEL-u” i numerze PWZ – takie możliwości AOTMiT ma zyskać na podstawie przepisu dodanego w minionym tygodni przez MZ do projektu nowelizacji ustawy o świadczeniach zdrowotnych oraz o działalności leczniczej. Dodanego już po zakończonych konsultacjach publicznych, co niewątpliwie dodaje pikanterii sprawie, która nie powinna budzić aż tak dużych emocji – mowa o środkach publicznych, więc wydaje się naturalne, że płatnik i regulator powinien mieć pełne dane na temat ich pożytkowania.
I znów – to nie jest pomysł nowy. Eksperci rekomendowali wprowadzenie tego rozwiązania od dobrych dwóch lat (przynajmniej). W przestrzeni publicznej zapowiedzi krążyły na pewno od jesieni ubiegłego roku. Był czas, by przeprowadzić sprawę zgodnie ze standardami legislacji, poddając ją konsultacjom publicznym, bo to niewątpliwie jest temat, który warto przedyskutować. Niekoniecznie po to, by modyfikować przepis, czy się z niego wycofywać po krytyce, ale choćby po to, by uspokoić obawy – na przykład związane z ochroną danych wrażliwych czy też nakreślić kolejne, możliwe kroki – pozyskanie wiedzy raczej nie jest celem samym w sobie. To kwestia budowania zaufania do państwa, „wrzutki” czy „dorzutki” temu na pewno nie służą.
Największy brak zaskoczenia. Eskalacja „dialogu”. Jakość dialogu między Ministerstwem Zdrowia a środowiskiem pracowników systemu, ze szczególnym uwzględnieniem samorządu lekarskiego, nie raz i nie dwa pojawiała się na łamach „Studium kryzysu”, i może dlatego to, co wydarzyło się w ubiegłym tygodniu, czyli wniosek do premiera o dymisję wiceminister Katarzyny Kęckiej, trudno traktować w kategorii sensacji.
Poszło o kontrolę dotacji, jaką samorząd otrzymuje od resortu zdrowia na prowadzenie zadań publicznych – MZ zarzuciło Naczelnej Izbie Lekarskiej uchylanie się od kontroli, o czym poinformowało w pierwszej kolejności okręgowe rady lekarskie, w drugiej zaś – media i tylko przypadkowi należy przypisać fakt, że dosłownie dzień wcześniej lekarze nagłośnili kompromitujące resort pismo nawołujące do nieśpiesznego stosowania przepisu przewidującego wykreślanie z rejestru osób, które nie dostarczyły do 1 maja zaświadczenia o znajomości języka polskiego na poziomie B1. Kompromitujące, bo jeśli MZ widziało potrzebę zmiany stanu prawnego i przesunięcia o rok zapisanego w ustawie wymogu – powinno przeprowadzić zmianę legislacyjną tak, by weszła w życie przed 1 maja. Takiej zmiany nie ma.
Ale tak naprawdę sprawa ma znacznie cięższy kaliber. Od jesieni 2025 roku praktycznie w każdym obszarze tematycznym między resortem zdrowia a samorządem lekarskim (i szerzej, innych organizacji lekarskich, pozostając tylko przy tym jednym środowisku) trwa nieustający spór, by nie powiedzieć – konflikt. Pozostawiając z boku kwestie dotyczące wynagrodzeń, warunków zatrudnienia (nieudana próba „reformy” kontraktów lekarskich), to m.in. temat „kaskadowego przekazywania kompetencji” między zawodami medycznymi, ale też – może przede wszystkim – zmian w kształceniu podyplomowym i skrócenia lub likwidacji stażu. Zarówno meritum ministerialnych decyzji (czy też ich zapowiedzi), jak i sposób, w jaki prowadzone są rozmowy, jakość argumentacji i odporność na kontrargumenty kazały czekać na taki właśnie finał, czyli wyrażenie wotum nieufności wobec odpowiedzialnej za dialog wiceminister. Oczywiście ów skierowany do premiera wniosek może nie mieć – i prawdopodobnie mieć nie będzie – dalszego ciągu, ale to nie znaczy, że nie będzie mieć konsekwencji w krótszym lub dłuższym horyzoncie czasowym.
O jakości dialogu z MZ mogliby się wypowiedzieć zresztą nie tylko lekarze i nie tylko pracownicy medyczni. W nadchodzącym tygodniu mają zapadać kluczowe ustalenia w sprawie przyszłości psychiatrii środowiskowej – przed posiedzeniem Rady ds. Zdrowia Psychicznego (jej głos – protest przeciw zmianom rozliczania CZP – został ostatnio, w ramach dialogu, w koncertowym stylu, pominięty, żeby nie powiedzieć, zlekceważony) organizowana jest demonstracja wsparcia dla centrów zdrowia psychicznego.
Warte odnotowania. Rola NFZ w systemie. To, że Narodowy Fundusz Zdrowia jest w potężnych opałach finansowych – a co za tym idzie, znajduje się w takim samym położeniu cały system, czego efektem jest pogorszenie (a w każdym razie możliwość pogorszenia) dostępu do świadczeń zdrowotnych, wiadomo nie od dziś. Bardzo mocno, od dłuższego już czasu, kierownictwo Funduszu wskazuje główną przyczynę tego stanu rzeczy: przeprowadzenie w 2022 roku nowelizacji ustawy o minimalnych wynagrodzeniach pracowników ochrony zdrowia bez zagwarantowania źródeł finansowania. Wiceprezes Funduszu Jakub Szulc powtarza jak mantrę: w OSR ustawy podwyżkowej wpisano zero złotych w perspektywie dekady. Tylko w 2026 roku koszt ustawy wyniesie ok. 72 mld zł.
Kto wpisał? Ministerstwo Zdrowia. Kto konkretnie pilotował w ramach MZ prace nad projektem? Wiceminister Piotr Bromber, który po 2023 roku nie miał chyba okazji skomentować – również jako ekonomista – choćby metodologii szacowania skutków regulacji ustawy, która w piątym roku obowiązywania nie tylko wydaje się, ale po prostu jest trudna do udźwignięcia dla systemu – i tu zastrzeżenie, przy obecnym poziomie finansowania ochrony zdrowia i przy obecnym modelu jej corocznego odnawiania.
Piotr Bromber, w ramach CMKP, w którym jest zatrudniony, poprowadzi w najbliższych dniach skierowany do lekarzy szkolenie „Rola NFZ w systemie ochrony zdrowa” – o czym publicznie sam poinformował w mediach społecznościowych. Rola kierownictwa MZ w latach 2022-2023 ze szczególnym uwzględnieniem Piotra Brombera w doprowadzeniu do obecnej sytuacji NFZ i systemu ochrony zdrowia mogłaby być interesującym wątkiem (choć zapewne nie będzie).