System jest zwyrodniały – mówi Donald Tusk. I ma rację, choć niekoniecznie chodzi o to, co premier myśli. Albo przynajmniej – nie tylko o to. Jedno jest pewne: fakt, że szef rządu zwrócił się do NIK o zbadanie przepływów finansowych w ochronie zdrowia – ponad 200 mld zł rocznie (!) – to po prostu wotum nieufności. Zarówno do płatnika, jak i do Ministerstwa Zdrowia.

Premier Donald Tusk. Fot. KPRM
- „Afera Kacprzyka” będzie mieć dalekosiężne skutki – jak dalekosiężne, jeszcze trudno przewidzieć
- Kluczowe są słowa Tuska o konieczności „wyjaśnienia do spodu”, jak mogło się stać to, co się stało
- Chodzi raczej o autorefleksję szefa rządu w sprawie decyzji, jakie podejmował w ostatnich 2,5 roku w zdrowiu
- Niewykluczone, że właśnie zapadła decyzja, która wisiała w powietrzu od dobrych kilku miesięcy
- Z naszych (bardzo nieoficjalnych) informacji wynika, że Lewica nie będzie mieć realnego wpływu na obsadę stanowiska prezesa NFZ
- Najwięcej mogą stracić lekarze. Środowe posiedzenie Komisji Zdrowia pokazało, że środowisko nie ma nie tylko przyjaciół, ale nawet strategicznych sojuszników
„Afera Kacprzyka”, jak pisaliśmy, będzie mieć dalekosiężne skutki – jak dalekosiężne, jeszcze trudno przewidzieć. Nie chodzi o wysyp kontroli w Szpitalu Południowym (szpital już rozwiązał umowy z lekarzem, od którego wszystko się zaczęło, być może dziś zapadną kolejne, ograniczone jeszcze, decyzje personalne skupione na bezpośrednim nadzorze nad pracą lekarzy – nadzorze, którego, wszystko na to wskazuje, brakowało), które prowadzi miasto, NFZ, teraz wchodzi do szpitala prokuratura, i będzie badać z jednej strony kwestię umów (pod kątem możliwego wyłudzenia), przede wszystkim jednak sprawę uprzywilejowanego dostępu do SOR dla osób związanych z Koalicją Obywatelską.
Kluczowe są słowa Tuska o konieczności „wyjaśnienia do spodu”, jak mogło się stać to, co się stało. O odpowiedzialności karnej i politycznej osób, które brały udział w nieprawidłowościach lub „tylko” o nich wiedziały – a być może akceptowały. Warszawskie struktury Koalicji Obywatelskiej drżą w posadach i muszą się liczyć z kolejnymi wstrząsami: trudno sobie wyobrazić, by uruchomienie „fast tracka” do błyskawicznej diagnostyki było wyłączną decyzją młodego lekarza (a nawet – osób z kierownictwa szpitala). Nie byłoby saloniku VIP, gdyby 29-latek, ciągle raczej u progu kariery zawodowej i politycznej, nie czuł się wyjątkowo pewnie, a nie czułby się wyjątkowo pewnie, gdyby nie miał poparcia poważnych nazwisk. Które, to całkiem możliwe, w ogóle nie miały pojęcia o szczegółach jego działalności – co nie znaczy, że nie stracą na sprawie, choćby wizerunkowo.
Ale punkt ciężkości w całej sprawie przesuwa się w zupełnie inne rejony i premier już w środę sam je przesunął, zwracając się do Najwyższej Izby Kontroli o przeprowadzenie kontroli przepływów finansowych w ochronie zdrowia. Mówiąc bardzo wprost: o to, jak płyną środki z NFZ, nadzorowanego przez MZ, do świadczeniodawców i jak tam „na dole” są wydawane. Globalnie. Czyli – weźcie pod lupę wszystko, szukajcie, aż znajdziecie. To tak, jakby premier powiedział wprost, patrząc w oczy minister zdrowia i prezesowi NFZ: – Już wam nie ufam.
I nie chodzi o odpowiedzialność za konkretną aferę, o zarobki Dawida Kacprzyka, o uprzywilejowany dostęp do SOR dla ludzi KO. Raczej o autorefleksję szefa rządu w sprawie decyzji, jakie podejmował w ostatnich 2,5 roku w zdrowiu. Że nie były one optymalne. Pytanie, czy mogły być, biorąc pod uwagę nastawienie Donalda Tuska do obszaru ochrony zdrowia: widać bardzo wyraźnie, jak trudno mu się oderwać od rady, którą – według krążących informacji – miał usłyszeć wiele lat temu od jednego ze swoich najbliższych doradców, wręcz – mentora. – Nie dotykaj zdrowia. Nic nie można wygrać, dużo można stracić.
Niewykluczone, że właśnie zapadła decyzja, która wisiała w powietrzu od dobrych kilku miesięcy, o której głośno – choć kuluarowo – mówiło się wczesną wiosną: Ministerstwo Zdrowia czeka kolejny zwrot akcji i od „odpartyjnienia” przejdziemy do „upartyjnienia”, a Donald Tusk odda resort Lewicy. Ta operacja „nabrała opóźnienia”, sięgając po terminologię kolejową, z powodu wniosku o wotum nieufności wobec minister Jolanty Sobierańskiej-Grendy. Ale wraca, jak się wydaje, na tory.
W środę nie brakowało sygnałów, że partia Włodzimierza Czarzastego jest w tej sprawie zmobilizowana: sam marszałek Sejmu w sprawach związanych z aferą i sytuacją w ochronie zdrowia wypowiadał się z wielką swadą, deklaracje na temat decyzji, jakie powinny zapadać, wygłaszała też podczas posiedzenia Komisji Zdrowia Joanna Wicha, którą część mediów postrzega nawet na stanowisku ministra zdrowia (choć dużo bardziej prawdopodobnym kandydatem jest senator Wojciech Konieczny). Z naszych (bardzo nieoficjalnych) informacji wynika, że Lewica nie będzie mieć natomiast realnego wpływu na obsadę stanowiska prezesa NFZ.
Można stawiać znak zapytania, czy jest to decyzja dobra, lepsza od poprzednich, a być może jedynie inna. Przekazanie Lewicy odpowiedzialności za system, będący nie w momencie, a w procesie największego kryzysu od wielu, wielu lat, może być dobre dla partii Tuska, a złe dla systemu, ale może być równie dobrze odwrotnie: system (coś) zyska (choćby nadzieję na zmianę), Koalicja Obywatelska straci (z pewnością będą wystawiane rachunki za podjęte i niepodjęte na czas decyzje). Może być jednak również tak, że nie zyska nikt.
Najwięcej mogą stracić lekarze. Środowe posiedzenie Komisji Zdrowia pokazało, że środowisko nie ma nie tylko przyjaciół, ale nawet strategicznych sojuszników. W dyskusji oczywiście padły zastrzeżenia, że lwia część lekarzy nie dopuszcza się żadnych nieprawidłowości, że ujawnione fakty to margines i jednostkowe „wypaczenia”, ale zmiany, jakie politycy zgodnie forsują – i jeszcze będą forsować – przyniosą skutki dla wszystkich. Lekarze mają świadomość, że stali się „chłopcem do bicia” – a takie ustawienia debaty publicznej nigdy nie kończą się dobrze. Na końcu zaś płaci ten, kto ma najsłabszą pozycję w systemie. I nie jest to ani polityk, ani lekarz.