Ministerstwo Zdrowia nie widzi możliwości zaproszenia przedstawicieli samorządu lekarskiego na spotkanie Trójstronnego Zespołu ds. Ochrony Zdrowia, zaplanowane na 18 listopada. Do NIL resort skierował pismo z sugestią, by reprezentanta samorządu – jako eksperta – zgłosił jakiś podmiot ze strony społecznej.

Fot. MZ
Wiceminister zdrowia Katarzyna Kęcka przypomniała samorządowi, że członkami Zespołu są wyłącznie przedstawiciele związków zawodowych i organizacji pracodawców uznanych za reprezentatywne, oraz że w 2021 r. przedstawiciele Naczelnej Rady Lekarskiej uczestniczyli w obradach jako eksperci strony pracodawców. – Wskazano jednocześnie, że NRL powinna zwrócić się do którejś z organizacji tworzących Zespół o możliwość delegowania eksperta. Tymczasem dobrym zwyczajem, panującym również w poprzednich latach, było, że przedstawiciele organizacji nie wchodzących z mocy prawa do Zespołu Trójstronnego byli zapraszani do udziału w pracach Zespołu z inicjatywy przewodniczącego, przy braku sprzeciwu innych uczestników – komentuje Naczelna Izba Lekarska, zwracając uwagę, że „dziś, pomimo znaczących wyzwań w ochronie zdrowia oraz potrzeby szerokiego dialogu, resort odmawia bezpośredniego udziału samorządu lekarskiego w obradach, powołując się na literalne brzmienie regulaminu”.
– W sytuacji, w której ochrona zdrowia wymaga współpracy i otwartego dialogu, ograniczanie możliwości zabrania głosu przez samorząd lekarski budzi głęboki niepokój. Resort nie tylko nie podejmuje dialogu z Naczelną Radą Lekarską, ale wyszukuje kruczki prawne uniemożliwiające konstruktywną dyskusję zaangażowanych stron – podkreślił Łukasz Jankowski, prezes NRL.
Napięcie przed wtorkowym posiedzeniem Trójstronnego Zespołu rośnie. Tak jak informowaliśmy w piątek, strona społeczna domaga się obecności na posiedzeniu przedstawicieli resortu finansów – chodzi o tegoroczną lukę finansową, bo piątkowe wieści po spotkaniu ministrów zdrowia i finansów nie zakończyły się konkretami, a jeśli nawet zapadły ustalenia – to na pewno nie takie, na jakie czekały podmioty ochrony zdrowia. Pieniądze zostały obiecane, ale nie jako dotacja z budżetu państwa, tylko alokacja środków z Funduszu Medycznego, co będzie wymagać nowelizacji ustawy – jak się dowiedzieliśmy, projekt w czwartek ma stanąć na Komitecie Stałym Rady Ministrów – bez jakichkolwiek konsultacji, ze względu na pilność sprawy. Tyle tylko, że uzgodniona przez Andrzeja Domańskiego i Jolantę Sobierańską-Grendę kwota 3,5 mld zł z całą pewnością nie wyczerpuje potrzeb systemu w 2025 roku. Luka wynosi – ciągle – ok. 9 mld zł.
Wiadomo też, nieoficjalnie, że wielu dyrektorów szpitali powiatowych ostrzega, że recepty na kryzys, jakie ma Ministerstwo Zdrowia, będą mieć właśnie dla tych szpitali skutki równie groźne – albo nawet groźniejsze – niż obecne status quo. Nie tyle sam CAP dla kontraktów lekarskich (w wersji, którą Ministerstwo Zdrowia poddaje pod rozwagę – 48 tys. zł za wymiar pracy odpowiadający etatowi), co likwidacja umów w oparciu o procent od procedury, a przede wszystkim wymóg pracy w wymiarze odpowiadającym przynajmniej połowie etatu może oznaczać dla szpitali, opierających się na pracy „dochodzących” specjalistów ni mniej niż więcej niż konieczność zamykania najbardziej rentownych oddziałów. Dyrektorzy podkreślają, że takich zmian nie można wprowadzać „z dnia na dzień” i trzeba przynajmniej przeanalizować ich możliwe skutki dla systemu.
Jednym z głównych tematów rozmów będą zarobki lekarzy. „Dziennik Gazeta Prawna” opublikował informację o przygotowanych przez Federację Przedsiębiorców Polskich danych na temat zarobków lekarzy i pielęgniarek w trzech europejskich krajach – w Wielkiej Brytanii, Danii i Norwegii. Wniosek, jaki stawiają dziennikarze: zarobki polskich medyków są porównywalne lub niewiele niższe od tych, jakie mają gwarantowane pracownicy w Zachodniej Europie przy ciągle wyraźnie niższych kosztach życia.
Dziennik przywołuje przy tym – i porównuje – minimalne wynagrodzenia, gwarantowane ustawą podwyżkową z wynagrodzeniami opisanymi w aktach prawnych Wielkiej Brytanii, Danii i Norwegii, przy czym wiadomo, że w przypadku państw skandynawskich mowa jest o wynagrodzeniach minimalnych, realne zarobki mogą być i są wyższe (zaznaczają to zresztą również eksperci FPP).
Zestawienie nabiera sensu – finansowego – wtedy, gdy weźmie się pod uwagę albo medianę zarobków lekarzy (czy to etatowych, czy kontraktowych), lub średnią wysokość kontraktów. Bo gdyby porównywać „goły” lekarski etat (11,9 tys. zł specjalista, lekarz bez specjalizacji 9,7 tys. zł, stażysta, 7,7 tys. zł) – różnice, nawet z uwzględnieniem różnic w sile nabywczej – ciągle są bardzo duże. – W Wielkiej Brytanii lekarz w czasie szkolenia specjalizacyjnego może liczyć średnio na 54,3 tys. funtów rocznie, co daje równowartość 22,1 tys. zł miesięcznie. Specjaliści i starsi lekarze asystenci zarabiają równowartość 24,1-43,7 tys. zł, a pełni specjaliści na najwyższym poziomie klinicznym 44,8-59,4 tys. zł – pisze „DGP”.
Z kolei porównanie rzeczywistych zarobków, zwłaszcza lekarzy kontraktowych – na co zwracają uwagę lekarze w dyskusjach w mediach społecznościowych – jest ryzykowne, bo lekarze w Polsce pracują znacząco więcej. Nie ma też większych wątpliwości, że opracowanie FPP – w którym mowa tylko o zarobkach lekarzy i pielęgniarek, czyli grup zawodowych, których dotyczą kontrakty – ma stać się argumentem w dyskusji nad wprowadzeniem CAP (i kontrolą wysokości zarobków, jakie poszczególne osoby osiągają w systemie publicznym).
Co na to lekarze? – Na naszych oczach obalona zostaje narracja rządu i niektórych środowisk pracodawców o lekarzach-krezusach, którzy wydrenowali z pieniędzy system ochrony zdrowia. Pokaż lekarzu, co masz w garażu, potem rezydenci jedzący kawior, teraz garstka lekarzy wystawiająca wysokie faktury jako emanacja całej grupy zawodowej. Nikt się już na to nie nabierze. Tonący brzytwy się chwyta i powstaje dokument, w którym autorzy próbują pokazać, że co prawda polscy lekarze zarabiają mniej niż na Zachodzie, ale jednak zarabiają więcej, bo koszty życia są inne – skomentował dla portalu mp.pl prezes NRL Łukasz Jankowski, podkreślając, że zamiast ekwilibrystyki w obronie twierdzeń o lekarzach-krezusach, oczekiwałby od ekspertów organizacji pracodawców wspólnej refleksji nad przyczynami bankructwa NFZ i próby poszukiwania rozwiązań. – Nie ukrywam, że pierwszy raz spotykam się też z sytuacją, w której organizacja reprezentująca przedsiębiorców (Federacja Przedsiębiorców Polskich) próbuje udowadniać w przestrzeni publicznej, że przedsiębiorcy, w tym przypadku lekarze na kontraktach, zarabiają za dużo – podsumował.