W Polsce pracownicy ochrony zdrowia zarabiają średnio 2,9x przeciętnego wynagrodzenia, co plasuje ich wśród najwyżej wynagradzanych w Europie w relacji do średniej krajowej – ogłosiło na X konto Analizy Biura Maklerskiego Pekao. Dlaczego to nieprawda?
Premier Donald Tusk. Fot. Bartosz Nehring / Kancelaria Sejmu
- Nie w tym, kto sprawuje funkcję ministra zdrowia, ani w sumie też – jak ją sprawuje – tkwi przyczyna, że „jest jak jest”
- PiS ponosi odpowiedzialność, ale jej też nie ponosi – taki paradoks. Tę odpowiedzialność osłabiła czy unieważniła polityka kontynuacji, przyjęta przez Izabelę Leszczynę jak dogmat
- Filip Nowak, wbrew „logice dziejów”, według której zmiana władzy oznacza głęboką wymianę kadrową, przetrwał na jednym z najbardziej newralgicznych stanowisk nie tylko zmianę rządu, ale i zmianę na stanowisku ministra
- Pracownicy medyczni nie osiągają 2,9 średniej krajowej. Takie wynagrodzenie, łącznie z pochodnymi, mają lekarze specjaliści pracujący na etatach
- Zbiórka charytatywna ma się nijak do problemów systemowych. Ani nie ma ambicji ich rozwiązywać, ani – wbrew bardzo złożonym i rozbudowanym eksperckim wywodom – ich nie pogłębia
Największy brak zaskoczenia. Wotum nieufności. Wszystko ostatecznie odbyło się według dającego się przewidzieć scenariusza. Jedyną niespodzianką była – w sumie – sama Jolanta Sobierańska-Grenda, która wypadła i podczas posiedzenia Komisji Zdrowia, i na sejmowej sali po prostu dobrze. Szukający punktu zaczepienia do tezy o sejmowym nieobyciu minister zdrowia wyłapali moment, w którym na Komisji Zdrowia nie radziła sobie z obsługą mikrofonu (nie chodzi, więc nie umie), ale to drobiazg.
Kluczowe jest tło. Posłowie obu stron stworzyli takie, że minister musiała się tylko trochę postarać, by na zasadzie kontrastu wygrać swoje. Zrównoważona, spokojna, merytoryczna – wylewała oliwę na wzburzone fale sporów. To było wręcz imponujące, jak bardzo Jolanta Sobierańska-Grenda pozostała ciałem obcym w tej totalnej awanturze, napędzanej – na sali plenarnej – nie tyle przez tych, co zabierali głos z trybuny sejmowej, ale głównie przez posłów zakłócających posiedzenie z ław sejmowych. Nie pomagały interwencje prowadzącego obrady wicemarszałka Szymona Hołowni („Panie pośle Cieszyński, nie chcę panu proponować, żeby pan siedział, natomiast zachęcam do zajęcia miejsca”, to pod adresem byłego wiceministra zdrowia, który tryb „do bólu merytoryczny” z Komisji Zdrowia przełączył dzień później na całkiem inny, tu akurat podczas wystąpienia premiera, ale na „wyróżnienie” zasługuje też Paweł Jabłoński, również w swoim czasie wiceminister, choć nie zdrowia).
Z wystąpienia minister zdrowia zdecydowanie warto przytoczyć jeden fragment: – Nie wiem, czy pan premier pamięta naszą pierwszą rozmowę. Zadał mi pan wtedy takie pytanie: Dlaczego reformy w ochronie zdrowia nie wychodzą? Powiedziałam wtedy, że przez brak odwagi politycznej. Dzisiaj mogę państwu powiedzieć, że utwierdzam się w tym przekonaniu. Ja tę odwagę mam – mówiła.
Ale to, co (i przede wszystkim jak) mówiła szefowa resortu zdrowia pokazało jedynie, że nie ona jest źródłem problemu. Nie w tym, kto sprawuje funkcję ministra zdrowia, ani w sumie też – jak ją sprawuje – tkwi przyczyna, że „jest jak jest”.
To, co mówił premier w czasie debaty nad wnioskiem o wotum nieufności dla minister zdrowia, tylko potwierdza tę konstatację. – Mówimy o tym, że potrzeba więcej środków na ochronę zdrowia. Nie traktujcie tego jak aktu oskarżenia, tylko, proszę, uszanujcie fakty. W 2019 r. na ochronę zdrowia wydaliście wówczas jako władza 102 mld zł, a my w 2025 r., a więc sześć lat później, grubo ponad dwa razy więcej – nie 10 proc. więcej, nie 30 proc. więcej, tylko ponad 100 proc. więcej, tj. 236 mld zł.
Wróciła narracja z lat 2019–2023, gdy premier i kolejni ministrowie zdrowia porównywali – zwłaszcza od pandemii – nieporównywalne, jako punkt wyjścia podając wydatki publiczne na zdrowie z 2015 r. (niespełna 80 mld zł). Tusk, niestety, poszedł o krok dalej – bo nie da się ukryć, że lwia część owych „ponad stu procent” to lata 2019–2023. W roku 2023 wydatki publiczne sięgnęły blisko 190 mld zł. I to, ewentualnie, mógłby być punkt do porównań… Mógłby, gdyby nie fakt, że i w 2024, i w 2025 r. wzrost wydatków na zdrowie byłby mniej spektakularny, gdyby… nie zabrakło odwagi. I odpowiedzialności, o czym za chwilę.
W tym roku prawdopodobnie zabraknie nie tyle odwagi (?), co po prostu pieniędzy. – Zdajemy sobie też sprawę, i o tym też mówimy otwarcie, że w budżecie trudno będzie znaleźć dodatkowe pieniądze w sytuacji, w której – wszyscy się na to zgodziliśmy – potrzebujemy 5 proc. wydatków na obronę, na zbrojenia, na polską armię, na polskie bezpieczeństwo. Tych wydatków nie zredukujemy, ale mamy świadomość, że są to rekordowe wydatki w skali Europy. Tak, bo nasza sytuacja jest wyjątkowa ze względu na geografię i toczącą się niedaleko wojnę – przekonywał szef rządu, jednocześnie wskazując na inne ograniczenia pola finansowych manewrów: brak poparcia dla zwiększenia obciążeń podatkowych, wzmocniony spodziewanym wetem prezydenta. – Te realia mówią: musimy mądrzej wydawać pieniądze, które są dzisiaj do naszej dyspozycji. Powtarzam, to nie są małe pieniądze. To są dwa razy większe pieniądze, jakie przeznaczamy na ochronę zdrowia, niż nasi poprzednicy. Dwa razy więcej – powtórzył (ale nieprawda czy półprawda dwa razy powtórzona nie staje się prawdą).
Słowa premiera to autoryzacja polityki szukania oszczędności w wydatkach NFZ na przynajmniej 10 mld zł – zakładając, że kilka miliardów złotych minister zdrowia przekaże płatnikowi ze środków, jakie ma w dyspozycji. Takich pieniędzy nie da się „uciułać”, więc choć w czasie posiedzenia Komisji Zdrowia prezes NFZ Filip Nowak mówił o „świętości kontraktów”, trzeba zakładać, że cięcia mogą w tym roku dotknąć również umów kontraktowych.
Największy znak zapytania. Odpowiedzialność. Podczas „debaty” nad wnioskiem wybijał się wątek „to nie my, to wy”. I tak, oczywiście – obecny kryzys w finansach NFZ sprowokowały decyzje zapadające w dwóch poprzednich kadencjach. Po stronie przychodowej kłamliwa ustawa 6 proc. PKB na zdrowie (obecnie 7 proc.), która stworzyła iluzję szybszego niż realny wzrostu finansowania i otwarła drogę do mnożenia kosztów, mówiąc wprost – bez opamiętania. Ustawa podwyżkowa była potrzebna – tak. Ale przy realnie ocenionych perspektywach wzrostu nakładów byłoby jasne, że nas na nią nie stać. Podobnie jak na tak zaprojektowany program leków bezpłatnych.
PiS ponosi odpowiedzialność, ale jej też nie ponosi – taki paradoks. Tę odpowiedzialność osłabiła czy unieważniła polityka kontynuacji, przyjęta przez Izabelę Leszczynę jak dogmat. Minister co prawda frontalnie atakowała, zapowiadała rozliczenia, kierowała wnioski do prokuratury (mało z tego wyszło), jednak w zasadniczych sprawach, na przykład wariantu realizacji ustawy podwyżkowej, szła w ślady poprzedników – mimo że już w pierwszych miesiącach 2024 r. było jasne, że „winter is coming”. Bal na Titanicu trwał, a gdy w czerwcu 2024 r. eksperci pokazali pierwszy raport o luce w finansach NFZ, został on przez polityków albo przemilczany, albo nieco zdezawuowany („wiadomo, że budżet pieniądze będzie musiał dołożyć, bo zawsze dokładał” – sens wielu wypowiedzi posłów koalicji rządzącej). Polityka MZ opierała się w tym czasie – co zostało powiedziane wprost – na założeniu, że nic co PiS „dało”, nie zostanie odebrane. Skala kryzysu mogłaby być mniejsza, gdyby zawczasu skorygowano kurs.
I tu pojawia się pytanie – w ostatnim tygodniu sprawę bardzo otwarcie postawił były minister zdrowa dr Marek Balicki – również o odpowiedzialność prezesa Narodowego Funduszu Zdrowia. Filip Nowak, wbrew „logice dziejów”, według której zmiana władzy oznacza głęboką wymianę kadrową, przetrwał na jednym z najbardziej newralgicznych stanowisk nie tylko zmianę rządu, ale i zmianę na stanowisku ministra. O spodziewanej zmianie pisaliśmy (również w „SK”) od początku 2024 r., ale to, co w pierwszych miesiącach rządu wydawało się oczywistością, stawało się z miesiąca na miesiąc coraz mniej prawdopodobne. – Ministrowie się zmieniają, a prezes NFZ trwa. Kto utrzymuje na stanowisku prezesa NFZ jedną osobę przez tyle lat? Być może to jest czynnik, który uniemożliwia większą naprawę systemu? Jeśli miałbym wskazać, za kryzys w ochronie zdrowia w większym stopniu odpowiada pozostający w cieniu prezes NFZ – stwierdził po czwartkowej decyzji Sejmu w sprawie minister zdrowia Marek Balicki.
W większym jednak – wydaje się – ten i poprzedni rząd, ten i poprzedni premier, obecny i poprzedni ministrowie. Współodpowiedzialność prezesa NFZ, którego zadaniem jest równoważenie planu finansowego, a tak naprawdę – dbanie o równowagę finansową Funduszu nie tylko w perspektywie roku budżetowego – za autoryzowanie decyzji, które ową równowagę rujnowały, jest jednak oczywista.
Największe (mimo wszystko) zaskoczenie. Bank o wynagrodzeniach. „W Polsce pracownicy ochrony zdrowia zarabiają średnio 2,9x przeciętnego wynagrodzenia, co plasuje ich wśród najwyżej wynagradzanych w Europie w relacji do średniej krajowej”. To wpis na platformie X z profesjonalnego (?) konta Analizy Biura Maklerskiego Pekao z ubiegłego tygodnia, o którym można powiedzieć bardzo wiele, tylko nie to, że jest profesjonalny. Oczywiście, odbił się echem w mediach – obficie cytowany przez ekonomiczne działy ogólnopolskich portali.
Niby wszystko się zgadza, a jednak – manipulacja i dezinformacja, zgodnie z zasadą, że niepełna informacja nie jest informacją. Wpis wprowadza w błąd i załączona do niego grafika wprowadza w błąd, grafika opatrzona logo banku, więc #najgorzej, bo bank to przecież zaufanie (no dobrze, niby wiadomo, że nie do końca, ale przynajmniej tak być powinno). Tytuł wykresu: Wynagrodzenia pracowników medycznych zatrudnionych na umowę o pracę w stosunku do średniego wynagrodzenia. Dane: Polska 2,9 – przed Szwecją i Włochami, nieco za Niemcami, Holandią i Wielką Brytanią.
Źródło? Raport OECD „Health at a Glance 2025”, opublikowany jesienią ubiegłego roku. Problem w tym, że takich danych ów raport nie zawiera. Owszem, są w nim dane dotyczące zarobków lekarzy specjalistów, ale „pracownik medyczny” to kategoria o wiele szersza, nie trzeba być analitykiem (?) bankowym, żeby wiedzieć, że mieszczą się w niej choćby pielęgniarki, ratownicy medyczni, lekarze stażyści i w trakcie specjalizacji, diagności laboratoryjni czy farmaceuci – i jeszcze wiele innych zawodów medycznych. Więc nie, pracownicy medyczni nie osiągają 2,9 średniej krajowej. Takie wynagrodzenie, łącznie z pochodnymi, mają lekarze specjaliści pracujący na etatach.
Dużo to czy mało? Trudno byłoby obronić tezę, że 2,9 średniej krajowej to niska płaca – na szczęście nikt tak nie twierdzi. Jednak warto byłoby pochylić się nad źródłowym raportem, bo z danych OECD wynika, że… szału z tymi zarobkami nie ma. Roczne zarobki specjalistów na etacie w Polsce oscylują wokół 108 tys. USD/PPP (z uwzględnieniem siły nabywczej), średnia dla UE to 133 tys. USD/PPP, a w Niemczech, które przecież wyprzedzają nas, jeśli chodzi o relację do średniej, bardzo niewiele (0,4 p. proc.) to… 207 tys. USD/PPP.
Skąd znak zapytania przy „analitykach”? Wątpliwość, czy ten wykres to pracownicy banku tak sami z siebie stworzyli, popełniając przy tym dyskwalifikujące błędy, czy też może to miało być koło ratunkowe, bo przecież rząd potrzebuje argumentów do zmian w przepisach regulujących wynagrodzenia medyków. Ktoś coś podesłał, czegoś nie dopowiedział, typowy głuchy telefon, a efekt – trochę śmieszny, bardziej jednak – straszny.
Warte uwagi. Wokół charytatywnego streamu (i nie tylko). Ile zebrał Łatwogang? Tydzień temu, gdy „Studium Kryzysu” pojawiło się na portalu, było około 100 mln. Licznik zbiórek zatrzymał się ostatecznie dopiero w poniedziałek wieczorem na ponad 282 mln zł, wpłaty jeszcze były możliwe do środy, trwa wielkie liczenie – i pierwsze dyspozycje wypłat z konta fundacji, które zasiliły skarbonki najpilniej potrzebujących pomocy dzieci, w tym Henia Ostaszewskiego, czterolatka ze wznową ostrej białaczki szpikowej, dla którego wcześniej w akcji „Uratuj Henia” mobilizowały się środowiska lekarskie (rodzice Henia, który potrzebuje drogiego, nierefundowanego leku przed przeszczepieniem szpiku, są lekarzami). – Hej, Henio! Razem nie przegramy tej walki! – ogłosiła w czwartek fundacja Cancer Fighters, informując o przekazaniu na leczenie chłopca brakującej kwoty niemal 2,3 mln zł.
Wydawać by się mogło, że jest sukces, więc nie będzie krytyki, wątpliwości, dywagowania. Wręcz przeciwnie. Prawicowe środowiska niby zachwycone, bo „Łatwogang zmiażdżył Owsiaka” (naprawdę), ale nie za bardzo, bo fundacja Cancer Fighters angażuje się w promowanie szczepień przeciw HPV, a po prawej stronie nie wszystkim się to podoba (nie wszystkim się to też nie podoba, dla pełnej informacji). Lewa strona (szeroko rozumiana) i część ekspertów grzmi, że akcje takie jak WOŚP czy dobroczynny stream to „plasterek na gangrenę”, chwilowa akcyjna dobroczynność, łatwiej wpłacić sto złotych niż płacić uczciwie składki i podatki (racja, tylko…), a poza tym – Łatwogang zebrał ćwierć miliarda, a budżet na zdrowie w tym roku to ćwierć biliona (i znów niby racja, tylko…). I że potrzebujemy systemu, bo jakby był sprawny system, to zbiórki by nie były potrzebne.
Nie ma sporu: ochrona zdrowia potrzebuje solidarnościowego finansowania i nieuchylania się od obciążeń podatkowych, potrzebuje też postawienia z głowy na nogi i zorganizowanego, racjonalnego zarządzania. O to sporu nie ma, ale też – zbiórka charytatywna ma się nijak do problemów systemowych. Ani nie ma ambicji ich rozwiązywać, ani – wbrew bardzo złożonym i rozbudowanym eksperckim wywodom – ich nie pogłębia.
O ile dwie pierwsze prawdy to kategoria „tys prowda”, to trzecia już podpada pod trzecią kategorię góralskich prawd. Zdecydowanie. Działalność charytatywna w obszarze ochrony zdrowia jest – pisaliśmy o tym nie raz przy finałach WOŚP – doświadczeniem wszystkich krajów, również tych najbogatszych. W ramach dyskusji o roboczym tytule „czy Łatwogang zachwyca i dlaczego nie wszystkich” warto sprawdzić, że fundacje działające na rzecz pacjentów z chorobami onkologicznymi działają również w krajach takich jak Szwecja, Francja czy Holandia, których systemom niewiele złego można zarzucić. I tak, w tych krajach duży nacisk w działalności takich organizacji jest położony na wspieranie badań naukowych, poszukiwanie leków na raka, szczepionek etc. Ale wiele z nich ma też w swojej misji wspieranie pacjentów i ich bliskich, zarówno ich potrzeb medycznych, jak i socjalnych. Czyli – bardzo podobnie, jak to wygląda w Polsce (choć zapewne z nieco innym rozłożeniem akcentów). Bo specjaliści w dziedzinie onkologii dziecięcej mówią jednym głosem: to obszar priorytetowy, znakomicie zabezpieczony, ze świetnymi – i coraz lepszymi – wynikami. Oczywiście, też z problemami i wyzwaniami. Jednym z nich jest zabezpieczenie „kokonowe”, nie tego, co związane jest ściśle z medycznym aspektem walki z chorobą, ale tego, co obok, a bez czego trudno myśleć o sukcesie w walce z chorobą.